Podróż sentymentalna: 5 moich ważnych miejsc

Zapraszam was w podróż sentymentalną.

Pewnie zauważyliście, że nie piszę tutaj już zbyt wiele o swoim życiu prywatnym. Wiem, że dla wielu z was to był właśnie ten najciekawszy temat dla którego zaglądaliście na bloga. Czasami jednak ujawnianie zbyt wiele szerszej publiczności wraca do nas w postaci kopniaka w twarz. Tak i też się stało w moim przypadku, dlatego na dłuższy czas straciłam zapał do opisywania moich śmiesznych i strasznych historii.

Ale teraz w nieco smutne i deszczowe jesienne dni czuję, że wena powoli do mnie wraca i postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy mojego życia 😉 Dziś pokażę wam pięć ważnych dla mnie miejsc, poczynając od dzieciństwa aż do teraz. Mam nadzieję, że ten wpis pozwoli wam dowiedzieć się czegoś więcej o mnie.

Mokotów, Warszawa

Każdy na pewno w swoim sercu ma szczególne miejsce na wspomnienia z dzieciństwa. Urodziłam się się w szpitalu MSWiA na Mokotowie i tak zaczął się mój 22-letni związek z tą dzielnicą. Chodziłam do przedszkola na Służewcu, do podstawówki na Stegnach, do gimnazjum i liceum po obu stronach Al. Niepodległości – najpierw do Reytana, a potem do Kochanowskiego. Tak się składa, że Kochanowski położony jest niemal naprzeciwko szpitala, w którym się urodziłam, więc wszystko się zapętla.

Wychowywałam się w dwóch mieszkaniach tuż przy Galerii Mokotów. Pewnie inni mieszkańcy tych rejonów Warszawy będą jeszcze pamiętać, że we wczesnych latach 90-tych okolice Galerii Mokotów stanowiły łąki, Fabryka Półprzewodników Tewa i inne przemysłowe budynki, w tym wielkie zakłady mięsne, które pamiętam do dziś. Aktualnie po rejonach dzieciństwa nie ma ani śladu, a moja okolica zamieniła się w słynną dzielnicę biznesową, znaną również jako Mordor.

Moi dziadkowie uczyli fizyki w dwóch pobliskich szkołach, dlatego też często wspominam to, jak rysowałam kredą na tablicy układ słoneczny, albo robiłam uczniom technikum sałatki z trawy, a oni kupowali je za grosze. Może przez to, że tyle czasu spędzałam w szkole z dziadkami, mam teraz takie zamiłowanie do uczenia się. Kto wie?

Oczywiście muszę wspomnieć też o wielkim kawałku życia, jaki stanowiło harcerstwo. Zaczęło się od kilku lat w drużynie zuchowej w mojej szkole podstawowej. Potem na zajęciach plastycznych, również w mojej szkole, poznałam moją najlepszą przyjaciółkę z lat dzieciństwa – K., a ona przekonała mnie, żebym przeniosła się z innej drużyny do jej szczepu. I tak zaczął się chyba jeden z moich ulubionych okresów w życiu. Spędziłam kilka dobrych lat w naszej harcówce mieszczącej się w szkole podstawowej naprzeciwko liceum Cervantesa. Nie da zliczyć się ile miałam przygód i ile niesamowitych przyjaźni wtedy nawiązałam. A to wszystko na moim Mokotowie.

Cieszę się też, że moja najbliższa rodzina wciąż mieszka w tych okolicach. Na zawsze to Mokotów będzie moim domem 🙂


Z tego okresu niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, ale myślę, że to was zadowoli :D

Z tego okresu niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, ale myślę, że to was zadowoli 😀

 

Sala gimnastyczna w szkole przy placu Zbawiciela, Warszawa

Czasami coś ważnego zaczyna się od rzeczy niepozornej. Pewnego marcowego dnia siedziałam w swoim mikroskopijnym pokoju i rozmyślałam. Byłam w drugiej klasie gimnazjum, miałam jakieś 14 lat i postanowiłam, że muszę znaleźć sobie jakieś hobby. Chciałam spróbować czegoś nowego, jakoś w sporcie nigdy mi nie szło, a odkryłam, że mój talent artystyczny też był umiarkowany. No i też jako zbuntowana nastolatka chciałam robić coś innego niż rówieśnicy. Wtedy przypomniało mi się, że koleżanki z harcerstwa wspominały coś o tańcu irlandzkim. Nie miałam zielonego pojęcia, co to jest. Kojarzyło mi się z jakimś nawiedzonym tańcem elfów na łące przy dźwiękach fletów. Na swój pierwszy trening trafiłam 16 marca 2005 roku – pamiętam tak dokładnie, bo ktoś zapytał mnie, czy wybieram się na Dzień Świętego Patryka, a ja nie wiedziałam za bardzo, co to takiego. Pierwszy trening dosyć mi się podobał, ale wciąż nie czułam tego. Postanowiłam jednak spróbować za tydzień i znowu za tydzień… aż w końcu wpadłam jak śliwka w kompot.

Początki mojej kariery tanecznej były raczej tragiczne dla widzów. Byłam totalnie nieskoordynowanym źrebakiem. Kończyny nie pasowały do siebie, a już na pewno nie chciały robić tego, o co je prosiłam. Tutaj muszę wyjaśnić – szybko okazało się, że mogę zapomnieć o tańcu elfów – taniec irlandzki wymaga końskiego zdrowia, kondycji godnej komandosa, precyzyjnej techniki i doskonałego poczucia rytmu. Jak się domyślacie, na początku nie mogłam pochwalić żadną z tych umiejętności, oprócz poczucia rytmu (chwała chociaż za to!). Ale nie poddawałam się. Doszło do tego, że codziennie po szkole biegłam na naszą dosyć obskurną salę gimnastyczną w podziemiach gimnazjum w okolicach Placu Zbawiciela (jeszcze zanim został hipsterskim Zbawixem). Aż w końcu dzięki tym godzinom potu i wsparciu nauczycieli coś zaskoczyło!

W 2007 roku pojechałam na swojego pierwsze międzynarodowe zawody do Salzburga w Austrii i wróciłam do domu z wieloma medalami. To oczywiście dało mi wielkiego motywacyjnego kopa i uświadomiło mi, że jak czegoś bardzo chcę, to mogę to osiągnąć, muszę tylko wziąć się w garść i na to zapracować. Po pierwszych zawodach przyszły następne i następne – razem z moimi przyjaciółmi zjeździliśmy pół Europy. Aż w końcu pewnego czerwcowego dnia w Mediolanie udało mi się wygrać wszystkie moje konkurencje z kategorii intermediate i w końcu przeszłam do open – najwyżej kategorii. Nigdy nie zapomnę tego momentu! I wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa. W kategorii open zawody wyglądają nieco inaczej no i przede wszystkim wreszcie można brać udział w mistrzostwach. W 2008 spełniło się moje marzenie i po raz pierwszy wygrałam Mistrzostwa Europy w mojej kategorii wiekowej, potem ten sukces udało mi się jeszcze powtórzyć przez dwa następne lata. Miałam też zaszczyt wystąpić dwukrotnie w Mistrzostwach Świata – oczywiście bez żadnego sukcesu, bo nie mogę równać się z tancerzami z Irlandii, Wielkiej Brytanii czy USA. I też na moich drugich Mistrzostwach Świata, w Dublinie, zakończyła się moja solowa kariera taneczna – w drugiej rundzie skręciłam sobie na scenie kostkę. Ludzie bili brawo, kiedy ktoś pomagał mi zejść ze sceny, a ja zastanawiałam się, czy to już ostatnie brawa, które kiedykolwiek usłyszę.

Na całe szczęście, kostka w końcu się wygoiła i mogłam dalej tańczyć. Nie miałam już tyle samozaparcia, żeby odnowić kondycję, ale wciąż mogłam kontynuować taniec grupowy w zespole, z którym byłam związana od kilku lat. Razem miałyśmy przyjemność tańczyć na największych scenach w Polsce, na przykład w Sali Kongresowej, ale i też na wielu imprezach komercyjnych, z których za to mamy zawsze najśmieszniejsze historie. Poza występami skupiłam się też na uczeniu tańca w szkole prowadzonej przeze mnie i moje dwie przyjaciółki (Szkoła dalej działa i ma się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, więc zapraszam na ich stronę). Bardzo się cieszę z tych wszystkich lat, które spędziłyśmy razem i bardzo miło wspominam moich wszystkich uczniów, wspólne wyjazdy, obozy, występy, wizyty w telewizji (nie polecam…) czy to, że miałam okazję wystąpić w nagraniu do demo naszej szkoły (kliknij tutaj, żeby zobaczyć) 😀 Nic nie jest w stanie tego zastąpić.

Teraz chociaż już przeszłam na taneczną „emeryturę”, wciąż z mojego tanecznego epizodu zostało to co najważniejsze – moi wspaniali przyjaciele, z którymi wciąż utrzymują kontakt, mimo tysięcy kilometrów, które nas dzielą. Zawsze mogę na nich polegać, kiedy wracam do Polski. A wszystko zaczęło się w ponurej sali gimnastycznej!

Mieszkanie z widokiem na morze, Dominika

Teraz przenosimy się kilka do przodu, do tej części historii mojego życia, którą większość czytelników zna. Trzeciego stycznia po zbyt wielu dniach w dramatycznej podróży wreszcie dojechałam do Picard. Zaciągnęliśmy moją walizkę (reszta się zgubiła) pod trawiastą górkę, a potem na pierwsze piętro i wtedy zobaczyłam, że okno kuchni wychodzi wprost na ocean. Wtedy pomyślałam, że jestem w raju!

Szybko okazało się, że życia na wyspie, mimo że wśród rajskich krajobrazów, rajem nazwać nie możemy. Codziennie jednak kiedy wracałam do domu przez tropikalną ulewę po kolejnej nieudanej próbie kupienia czegoś do jedzenia, albo z baniakami wody przyniesionymi z uniwersytetu, jedno spojrzenie wystarczyło mi, aby przypomnieć sobie, że jednak nie jest tak źle. Każdego ranka szłam do kuchni zrobić nam kawę, otwierałam żaluzje i za każdym razem ten widok mnie zachwycał.

Przede wszystkim jednak nasze mieszkanie w Picard i ten widok na morze przypominają mi te szczęśliwe miesiące, kiedy mimo trudów wyspiarskiego życia mogłam wreszcie być u boku D. Tak naprawdę zaczęliśmy wspólne życie w najlepszy możliwy sposób – mieszkanie na Dominice zbliżyło nas bardzo do siebie i teraz razem przechodzimy dosyć gładko przez inne problemy.

Park przy Lincoln Park Zoo, Chicago

Ten park odwiedziłam pierwszy raz prawie równo rok temu, podczas mojej pierwszej wizyty w Chicago. Od razu bardzo mi się spodobał. Miał w sobie wszystko to, co najbardziej lubię – bujną florę, mnogą faunę, jeziorko i niesamowity widok na centrum miasta. Zawsze miałam tam dużo okazji do robienia zdjęć naturze, uwiecznienia kilku panoram miasta. Raz spotkaliśmy tam kogoś uwalniającego żółwie do jeziorka – wcześniej się zastanawiałam skąd tam taka populacja tych zwierząt. Zawsze panuje tam sielska atmosfera, ptaki śpiewają, ryby pływają, drzewa szumią, a przecież prawie w samym centrum miasta.

Park przy Lincoln Park Zoo ukochali sobie też przyszli rodzice, nowożeńcy i narzeczeni na sesje zdjęciowe. Pewnego lipcowego gorącego dnia stałam jak zawsze na mostku, podziwiałam widoki i oglądałam piękną parę podczas ich sesji w pobliskiej altance. Nagle D. ukląkł na jedno kolano, wyciągnął coś z klapy marynarki (a ja się zastanawiałam po co mu takie ubranie w taki gorący dzień) i drżącym głosem o coś zapytał, a ja oczywiście powiedziałam tak! Nie mógł sobie wybrać lepszego miejsca! Dlatego mam nadzieję, że pewnego dnia i my wrócimy do mojego ulubionego parku, ale tym razem nie w roli fotografów fauny i flory…

Mój nowy dom, Oak Park

Od czerwca mieszkam na amerykańskiej wsi, która w żaden sposób nie przypomina wsi znanej nam z Polski. Oak Park mieści się tuż przy zachodniej granicy Chicago. Wsią nazwany jest tylko ze względu na liczbę mieszkańców, a nie jest ich zbyt wielu, bo ponad 80% powierzchni stanowią piękne historyczne jednorodzinne wille. To z Oak Park pochodzi najsłynniejszy amerykański architekt Frank Lloyd Wright, tutaj też tworzył i na prawie każdej ulicy można znaleźć domy jego projektu, albo inspirowane jego stylem. Oprócz tego można też podziwiać kolorowe domy w stylu wiktoriańskim. My mieszkamy w jednej z nielicznych kamienic, ale podczas codziennych spacerów po okolicy zawsze odkryję coś nowego albo zwrócę uwagę na nowy detal. Uroku wszystkiemu dodają ogrody z natywnej roślinności, bardzo popularne w Oak Park, oraz przydomowe ogródki pełne papryk, pomidorów i kabaczków. A żeby już dopełnić obrazu słodkości, wyobraźcie sobie jeszcze puszyste króliczki i puchate wiewióreczki, które przejęły kontrolę nad wszystkimi trawnikami i drzewami! Nie da się nie zachwycić naszą okolicą, niezależnie od pory roku.

Poza piękną architekturą i roślinnością, Oak Park ma też swoje centrum z restauracjami, barami i sklepami. Do dyspozycji mam również wielką nowoczesną bibliotekę, która już pozwoliła mi zaoszczędzić setki dolarów potrzebne na podręczniki i materiały przygotowujące do testów. Poza tym możemy korzystać z dobrych obiektów sportowych i bardzo tanich zajęć fitness dla wszystkich chętnych mieszkańców naszej wsi. Na zajęcia spotykam ludzi w każdym wieku i zawsze jestem przyjmowana z otwartymi ramionami. Poza tym mieszkańcy Oak Park są ludźmi bardzo otwartymi i zaangażowanymi w życie wsi. Co tydzień coś się dzieje – mieliśmy paradę i fajerwerki na Dzień Niepodległości, potem liczne letnie festiwale, we wrześniu odbyło się Oaktober Fest, gdzie mogliśmy napić się nowych gatunków piwa i posłuchać muzyki country. Poza tym sąsiedzi często organizują „block party” – zamyka się wtedy część ulicy, wszyscy wynoszą na środek stoły i krzesła, ktoś robi grilla, a dzieci bawią się razem. Chciałabym kiedyś mieszkać w takiej okolicy i mieć takich sąsiadów.

Oak Park jest dla mnie bardzo ważny właśnie głównie dlatego, że codziennie mnie czymś zachwyca i inspiruje. Kiedy chodzimy wśród tych pięknych willi, często powtarzam sobie, że jak będę dążyć twardo do celu, to i my pewnego dnia będziemy mogli tu zamieszkać. Tej zasady nauczył mnie przecież taniec irlandzki – stawiam sobie cel i potem robię wszystko, żeby go osiągnąć. Może jestem romantyczna, może naiwna, ale takie myślenie mnie motywuje. Poza tym mogę śmiało nazwać Oak Park moim domem. Czuję się w pełni akceptowana przez lokalną społeczność – a może jak ktoś jeszcze pamięta moje starcia z niemiecką codziennością i to, że przez 2 lata nie udało mi się w Lipsku tak dobrze zaaklimatyzować jak przez kilka miesięcy tutaj. No i oczywiście – Oak Park na zawsze zapadanie mi w pamięć jako nasze pierwsze wspólne amerykańskie miłosne gniazdko <3

Mam nadzieję, że dzięki temu wpisowi mogliście lepiej mnie poznać. Jeżeli macie ochotę przeczytać o pięciu ważnych miejscach innych Polek rozsianych po całym świecie, to zapraszam was serdecznie na stronę Klubu Polki na Obczyźnie. I nie zapomnijcie zajrzeć na mojego Facebooka, bo tam też zamieszczam różne ciekawostki.

 

Przeczytaj też:

6 thoughts on “Podróż sentymentalna: 5 moich ważnych miejsc

  1. Coś wspaniałego mieć świadomość, że tak wiele zakątków na całej kuli ziemskiej możemy nazwać „domem” lub chociaż w połowie darzyć tak wielkim sentymentem 😉
    Ja sama podróżując po świecie całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że jest wiele miejsc na świecie, które darzę ogromną miłością ;D

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie 😉

  2. Super się czytało ^^ Nie sądziłam, że kiedyś wciągnę się w opowieść o tańcu irlandzkim – aż zachciałam sama wziąć udział w jednym takim treningu 🙂 I jeszcze te wszystkie miejsca, które możesz nazwać swoimi. To takie niezwykłe – ja nie potrafię przenieść się gdzieś i nazwać tego miejsca swoim domem, to miejsce całkowicie rezerwuję dla domu, w którym się wychowałam. Jakoś tak nie potrafię inaczej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 + four =