Życie codzienne na Dominice: moje mieszkanie

Obiecałam, że nowy wpis przedstawiający moje mieszkanie na Dominice pojawi się za 2 tygodnie od ostatniego wpisu, ale już zdążyłam przestawić się na „czas wyspiarski” i nawet nie zauważyłam kiedy minęło w sumie pięć. Całe szczęście przez cały ten czas mogliście śledzić moje poczynania na Facebooku. Wiecie, że nie było nudy… a kto nie wie, ten może teraz nadrobić braki 🙂 Tymczasem bez przydługiego wstępu zapraszam do lektury.

Życie na wyspie nieco różni się tego znanego nam z Europy. I chociaż tak naprawdę nie mogę narzekać i jestem zadowolona z naszego mieszkania, to z kronikarskiego obowiązku chciałabym wam przybliżyć jak wygląda nasza sytuacja mieszkaniowa, dlaczego nie często gotuję w domu oraz co należy zrobić, żeby wziąć raz na jakiś czas prysznic w ciepłej wodzie. Oczywiście pod warunkiem, że rzeczona akurat jest w kranie.

Jak znajduje się mieszkanie na Dominice?

W załatwianiu mieszkania pośredniczy uniwersytet. Każdy nowo przyjęty student dostaje link do bazy mieszkań dostępnych w naszej wiosce, ale kontaktować już należy się samemu z właścicielem. To rozwiązanie jak się domyślacie ma plusy i minusy. Plusy są takie, że wszystkie mieszkania są „zatwierdzone” przez uniwersytet i muszą spełniać pewne wymagania, a są to: bardzo dobre łącze internetowe, pełne wyposażenie (do tego jeszcze wrócimy) i ciepła woda w chociaż jednym kranie (do tego też wrócimy). Drugi plus jest taki, że do mieszkań zaaprobowanych przez uniwersytet jeździ wieczorami busik, więc nie trzeba się martwić o powrót do domu po zmroku(a tutaj to jest prawdziwe zmartwienie, bo nie ma latarni). Minusem tej sytuacji jest wyższa cena. My za nasze mieszkanie składające się z kuchnio-salonu oraz sypialni, z której przez drzwi do szafy wchodzi się do łazienki płacimy ponad 700 dolarów amerykańskich. Można pomyśleć, że to rozbój w biały dzień, ale z naszych doświadczeń teraz wynika, że w sumie to nie przepłacamy – robienie interesów z lokalsami zawsze wychodzi na twoją niekorzyść, więc posiadanie bufora w postaci uniwersytetu bardzo, ale to bardzo pomaga. Drugim minusem jest fakt, że na mapie dokładnie nie widać, w jakiej okolicy będzie się mieszkało, a Google Street View jeszcze nie dotarło na Dominikę, więc czasami mieszkanie wygląda na niezbyt daleko położone od uniwersytetu, a potem okazuje się, że musisz błądzić ciemnymi uliczkami bez latarni, przedzierać się przez krzaki i dziki strumień, a to wszystko pod górę… Całe szczęście my znaleźliśmy też stronę z opiniami o różnych mieszkaniach prowadzoną przez byłych studentów i udało nam się w miarę dobrze trafić. Oczywiście nie wszystko działa idealnie i o tym jest ten wpis 😀

Jaki jest standard mieszkania?

Naszym zdaniem bardzo dobry. Jeżeli wspomnicie na mój wpis dotyczący mieszkania w Brazylii, to nasze mieszkanie na Dominice to prawdziwy Wersal. Jeżeli byliście kiedyś w ciepłych krajach, to wiecie, że wszystko „da radę” – brak szyb w oknach, wszechobecne niedoróbki, dziwne rozkłady mieszkania, łazienki w garażu, garaż w salonie, salon w piwnicy (no już już przestaję). Nasze mieszkanie wygląda naprawdę dobrze, mamy w zestawie wszystkie niezbędne meble oraz sprzęty (co prawda nie zawsze działające), a nawet garnki, talerze czy mikrofalówkę, a do tego widok na morze z jednej strony i na góry z drugiej. Mamy też klimatyzację w sypialni, ale rzadko z niej korzystamy (o tym dlaczego – potem). Poza tym każde mieszkanie jest wyposażone w kraty w oknach, bo niestety kradzieże i włamania są bardzo, bardzo częste, szczególnie w okresie wakacyjnym, kiedy większość studentów wraca do domu i mniej osób kręci się w okolicy. Naszego bloku teoretycznie wieczorami pilnuje ochroniarz, ale nie do końca rozumiemy jego funkcję, bo z reguły siedzi na kamieniu i gapi się ślepo w komórkę zamiast monitorować teren. Jeden z ochroniarzy miał w zwyczaju nas nachodzić próbując coś sprzedać: raz perfumy, raz parasol… daj pan spokój. No ale wróćmy do wcześniej wspomnianego wyposażenia.

Lodówka bez lodu

Królewskie miejsce w naszym kuchnio-salonie zajmuje lodówka. Niestety – działa tylko zamrażarka (a może aż?). W pierwszym tygodniu myśleliśmy, że może niedokładnie zamykamy drzwi i dlatego codziennie rano wita nas wielka kałuża na ziemi, ale nie. Poddałam lodówkę wnikliwym obserwacjom i okazało się, że po prostu termostat nie działa i czasami jest za zimno, wszystko zamarza w środku, po czym lodówka decyduje, że czas na rozpuszczanie, lód topnieje i mocząc wszystko w środku wypływa na kafelki. W kraju, w którym wszystko pozostawione poza lodówką gnije i pleśnieje w kilka godzin – chleb potrzebuje tylko 6 godzin, żeby spleśnieć, brak lodówki jest lekko mówiąc uciążliwy. Zgłaszaliśmy ten fakt naszej pani „menadżer” (kolejny człowiek legenda) i w końcu w połowie lutego przysłała „specjalistę”. Specjalista otworzył lodówkę i głosem fachowcy oznajmił: „jest woda, bo lód topnieje”. Nie no, serio? Wiemy, dlatego pana wezwaliśmy. „Trzeba przykręcić termostat na zimniej i zaczekać aż zamarznie” – ale proszę pana, my wiemy, że to nie działa! Pan tylko popatrzył po nas, pewnie myśląc, że g&*^no wiemy, przykręcił termostat i wyszedł… odczekaliśmy kilka dni i znowu zgłosiliśmy sprawę. Z takim skutkiem, że jest marzec, a dziś rano jak zawsze wycierałam wodę z podłogi… no i jak żyć bez lodówki? My więc albo mrozimy albo staramy się jak najszybciej zjeść. W sumie w domu i tak nie gotujemy zbyt często, bo…

Jazda na gazie

… mamy kuchenkę gazową. To samo w sobie nie stanowi żadnego problemu, ja nawet lubię bardziej kuchenki gazowe niż elektryczne, ale na Dominice wszystko jest inaczej 😀 Po pierwsze, kuchenka podłączona jest do wielkiej butli, która akurat u nas, oddając hołd polskiej śmietnikowej tradycji, stoi pod zlewem, ale wiem, że u niektórych stoi na środku pokoju. Nie wiem czy to tylko ja, ale dla mnie wizja przebywania w pokoju z wielką butlą z gazem jakoś nie napawa optymizmem, więc przez pierwsze kilka tygodni po każdym użyciu dokładnie ją zakręcałam (chociaż podobno nie jest to konieczne). Butla ma też to do siebie, że nie ma wskaźnika zużycia i znane są historie studentów, którym oczywiście gaz skończył się w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Jedna dziewczyna skarżyła się na Facebooku, że akurat była w trakcie pieczenia ciasta na urodziny dla swojego męża… a zdobycie nowej butli to nie jest prosta sprawa. Trzeba iść do sklepu, zamówić i czekać aż ktoś ją ci przywiezie. Pewnie jak się już domyślacie poczucie czasu lokalsów jest nieco inne od znanego znam, więc ja już drżę na myśl o braku gazu. Chociaż pewnie tak szybko mi się nie skończy bo z czterech palników mogę gotować tylko na jednym i to bez możliwości regulacji wielkości płomienia. Pozostałe cztery są tak przeżarte rdzą, że niestety buchają piekielnym płomieniem bez żadnej kontroli wydając przy tym dziwne dźwięki. Uprzedzę pytania o to, czy zgłosiliśmy problem do administracji… jak myślicie? 😉 Sam właściciel przyszedł zbadać sprawę i zakończyło się tylko tym, że wyszedł z naszego mieszkania zostawiając lecący gaz z piekarnika… na szczęście zdążyłam szybko wrócić do domu i szybko się zorientowałam, że coś jest nie tak, wyłączyłam szybko i zaczęłam wietrzyć. Oczywiście skargi nie pomogły. Mogą nam co najwyżej zabrać kuchenkę, jak nam się nie podoba…

DSC09235

Prąd na kartę

Żeby nie było tak negatywnie, to teraz wspomnę o czymś, co w sumie wydaje mi się ciekawym rozwiązaniem. Otóż mamy tutaj prąd na doładowania, a informację o stanie konta i zbliżającym się końcu zasilenia dostaje się na telefon. Niestety na początku nie wiedzieliśmy, że tak to działa i pewnego dnia zastaliśmy nasze mieszkanie bez prądu. Całe szczęście możemy doładować konto w każdym sklepie i też na uniwersytecie, więc za 15 minut światło wróciło, ale spotkaliśmy też studentów, którzy zorientowali się za późno i niestety musieli zaczekać do rana. Minusem całej tej sytuacji jest niestety cena… na Dominice nie ma konkurencji i jest tylko jeden dostawca prądu, więc wiadomo, że może sobie pofolgować. My bardzo oszczędzamy – zawsze wyłączamy wszystkie światła, nie zostawiamy wtyczek w kontakcie i niczego na „stand by”, ładujemy komputery nie dłużej niż ustawa przewiduje, no i co najważniejsze – prawie wcale nie korzystamy z klimatyzacji, ograniczamy się tylko do kilku godzin w najgorętsze dni. A i tak średnie zużycie mamy 15 zł dziennie, o czym radośnie informuje nas SMS.

W kontakcie

A skoro mowa o prądzie, to muszę wspomnieć o kontaktach. Jeszcze nigdy nie wiedziałam jakiego rozwiązania jak tutaj, czyli dwóch różnych systemów na raz. Mamy gniazdka amerykańskie i gniazdka brytyjskie, zawsze obok siebie. Można pomyśleć, że to dobre rozwiązanie, ale jak dodać do tego, że ja mam jeszcze nasze polskie wtyczki, to można się już zagubić w gąszczu transformatorów, wtyczek i przejściówek. Bo czy wspomniałam też, że oprócz innego kształtu, oba kontakty mają różne napięcie – te amerykańskie 110V, a brytyjskie 200-240V. Dlatego przez pierwsze dwa tygodnie cały czas słyszeliśmy o biednych studentach, którym spalił się laptop/ładowarka/telefon… ma na całe szczęście zaopatrzyliśmy się w listwę przeciwprzepięciową (po angielsku surge protector, nie znalazłam lepszej nazwy) i ładujemy komputery, telefonu i mój aparat tylko korzystając z niej. Nie uchroniło nas to od spalenia mojej ładowarki do szczoteczki elektrycznej i wolnowaru, który D. bohatersko przywiózł z sobą z USA…

DSC09233

Nie ma nie ma wody na pustyni…

Na pustyni to faktycznie nie ma, ale na Dominice powinna być, bo pada codziennie. Niestety, jeżeli śledzicie mojego Facebooka to już wiecie, że brak dostępu do wody to nasza codzienność. Uwierzcie mi, pierwszy raz kiedy w naszych kranach wyłączono wodę wpadłam w panikę, bo nie mieliśmy już wody pitnej, a sklepy były zamknięte. Co więcej bez wody nie działa klimatyzacja, a akurat było bardzo gorąco… może to brzmi jak problemy pierwszego świata, ale to było na początku, tuż po przyjeździe, kiedy miałam jeszcze problemy z aklimatyzacją. Teraz brak wody nie robi na mnie żadnego wrażenia. Wiem, że po 20-tej nie mam już po co odkręcać kranu. Zaopatrzyliśmy się w baniaki pięciolitrowe. Tak naprawdę to zainwestowaliśmy, bo normalnie pijemy wodę z kranu (jak jest/nie jest brązowa po deszczu), jako że ceny wody butelkowanej są kosmiczne. Baniak 5-litrowy kosztuje, uwaga, 20 zł. Ale teraz już mamy 2 w kuchni do mycia naczyń/gotowania oraz 3 w łazience do mycia i spłukiwania toalety, do tego zakupiłam dużą miskę w której czasem się kąpię, wspominając harcerskie czasy…

Prysznic

Czasem jednak kiedy gwiazdy są we właściwym układzie, a planety tworzą jedną linię, mam możliwość wzięcia prysznica w ciepłej wodzie. Ale to nie takie hop siup, bo woda w kranach jest domyślnie zimna (tak, da się umyć naczynia w zimnej wodzie wbrew pozorom ;-)). W mieszkaniach dla burżujów (czyli naszym) jest jednak prysznic elektryczny, który może, ale nie musi, podgrzać dla ciebie wodę. Oto kroki, które należy wykonać:

  1. W mieszkaniu, w dowolnym miejscu odnajdujemy włącznik z napisem „water heater”. Z reguły ten włącznik nie jest nigdzie blisko łazienki. I uwaga! Bo podobny włącznik też znajduje się zawsze gdzieś obok klimatyzatora, ale on nam nie pomoże. Kiedy już go namierzymy, to musimy go włączyć i powinna się zapalić czerwona lampka.
  2. Idziemy do łazienki, wchodzimy pod prysznic i odkręcamy wodę kurkiem. Następnie wychodzimy z łazienki i idziemy posiedzieć na Facebooku 3 minuty, bo tyle mniej więcej należy wodę spuszczać.
  3. Wracamy pod prysznic i blokujemy przepływ wody wciskając guzik na podgrzewaczu. Oczywiście wszystko należy robić nago, bo za każdy razem będziemy oblewani zimną jeszcze wtedy wodą.
  4. Ponownie wychodzimy i teraz najlepiej odczekać od 5-8 minut, aż cała woda napuszczona do ogrzewacza się ogrzeje. Nie należy czekać za długo, bo wtedy woda się schładza i musimy zacząć procedurę od początku (przytrafiło się to wczoraj, bo w międzyczasie zapomniała, że chciałam się wykąpać).
  5. Po tych 5-8 minutach wracamy i przyciskiem na piecyku uwalniamy wodę, która najpierw tryska zimna, ale za chwile powinna zacząć płynąc wrząca. Wtedy należy przy pomocy kurka dodać trochę wody, żeby wrzątek zmieszał się z zimną wodą.
  6. Jeżeli mamy szczęście i wszystko poszło zgodnie z planem, mamy jakieś 5 minut na wykąpanie się. Zalecane jest kąpanie się we dwójkę, jeżeli udało nam się otrzymać ciepłą wodę, bo druga taka okazja w tym samym dniu może się nie nadarzyć.

W sumie nie jest źle, bo w Brazylii prysznice też lubiły kopać prądem, nie ma na co narzekać 😀

Polski hydraulik

Skoro już jesteśmy z łazience, to opowiem wam historię pewnego wodospadu. Dominika słynie z wodospadów, a jeden był w naszej muszli klozetowej. Po prostu woda nie zatrzymywała się w misce tylko ciekła sobie nieprzerwanym strumieniem, wydając przy tym dosyć głośny szum, który przeszkadzał nam w spaniu – wszak od łazienki oddzielają nasz tylko drzwi od szafy, więc czuje się, jakby szumiąca ubikacja była tuż przy łóżku. Do tego wydaje mi się, że w kraju, który ma notoryczne problemy z wodą, taka sytuacja to tylko marnowanie drogocennego surowca. Posłusznie więc poszliśmy zgłosić problem do pani menadżer, która to znowu przysłała fachowca jednego, a potem drugiego, ale problem zawsze powracał. Pewnego dnia się zdenerwowaliśmy, bo już pomijając hałas, nie było czym spłukiwać i postanowiliśmy sami zajrzeć do środka. Po kilkusekundowych oględzinach okazało się, że pomiędzy uszczelkę blokującą dopływ wody z miski do sedesu, a właśnie rzeczony dopływ, któryś ze specjalistów wsadził plastikowe opakowanie od rzeczonej uszczelki. Nie wiemy, czy nie chciało mu się wrzucać do kosza po wymianie, czy to właśnie miało służyć poprawieniu uszczelnienia, ale oczywiście efekt był taki, że uszczelka nie przylegała i dlatego woda non stop ciekła. Po wyjęciu rzeczonej folii problem ustąpił i nie nawraca… Zastanawiamy się nad własnym biznesem, bo ewidentnie samodzielne naprawy dobrze nam idą 😉

Gosposia

Na koniec, po tych wszystkich gorzkich żalach, muszę wspomnieć o mojej ulubionej ‚usłudze’ oferowanej przez naszego zarządce, czyli o gosposi vel pani sprzątającej! Przychodzi do nas 2 razy w tygodniu i sprząta tak szybko i dobrze, że nie mogą w to uwierzyć. Czasem nawet naczynia pozmywa… dzięki temu ja mam więcej czasu na użalanie się nad sobą i miedzy innymi pisanie tego wpisu teraz… 😉

 

Mam nadzieję, ze udało mi się przybliżyć wam trochę moje codziennie zmagania na wyspie. W przygotowaniu mam też już wpis o jedzeniu, ludziach, uniwersytecie i naszej wiosce, więc zaglądajcie na Facebooka w poszukiwaniu nowości.

Przeczytaj też:

2 thoughts on “Życie codzienne na Dominice: moje mieszkanie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 − three =