O tym, jak doleciałam na Dominikę w dominikę*.

To jest trzecia część wpisu o mojej podróży na Dominikę. Część pierwszą przeczytasz tutaj, a drugą tutaj.

Obudziłam się tradycyjnie tuż przed lądowaniem. Nie pospałam sobie zbyt długo, bo lot trwał całe 30 minut. Wkrótce już dotknęliśmy ziemi. Jeszcze tylko kilka chwil, a już biegłam po płycie lotniska starając się wyprzedzić resztę pasażerów, żeby nieco zaoszczędzić na czasie w kolejce do kontroli paszportowej. Dochodziła 23 czasu karaibskiego, czyli minęło już 21 godzin od momentu, kiedy opuściłam mój francuski hostel.

Antigua i Barbuda Wita!

Antigua i Barbuda Wita!

W środku powitał mnie wielki napis „Welcome to Antigua and Barbuda!”. Dobrze wiedzieć, gdzie jestem, bo jeszcze do wczoraj nie wiedziałam nawet o istnieniu tego kraju. Ustawiłam się w kolejce za innymi zmęczonymi i spoconymi pasażerami. Kiedy nadeszła moja kolej zorientowałam się, że nie mam różowego papierka, który wszyscy inni mieli… pan w okienku poinformował mnie, że powinnam była go dostać na lotnisku w St Marteen. No ale nie dostałam! Potem pan wyszedł i zniknął na 10 minut. Boże, ratunku, co znowu. Już wyobraziłam sobie, że zaraz mnie deportują, albo zostanę tutaj na kolejne kilka dni. W końcu jednak urzędnik wrócił i dał mi do wypełnienia ten świstek. Ewidentnie na St Marteen ktoś zapomniał dać go połowie pasażerów. Cóż, to nie pierwszy raz jak ktoś z tego lotniska zapomina o czymś, prawda? Pozdrawiam, Cię Michael! 😉 Szybko wypełniłam co trzeba na kartce i wepchnęłam się z powrotem w kolejkę. Tym razem odprawiała mnie pani. Spodziewałam się, że puści mnie w 30 sekund, tak jak to było na St. Marteen, ale okazało się, że nie będzie tak łatwo.

  • Poland… w jakim to leży stanie?
  • To jest kraj w Europie. – nie obrażam się, bo sama do wczoraj nie wiedziałam o istnieniu wielu wysp karaibskich…
  • Ale ja tu muszę wpisać stan!
  • Ale to jest kraj w Europie… – czy coś nie tak z moim angielskim?
  • Dobrze, to ja tu coś wpiszę. Gdzie się pani zatrzymuje?
  • W hostelu. Tu wpisałam nazwę.
  • Ale jaki jest dokładny adres?
  • Nie wiem… Scotts Hill, czy coś takiego?
  • Nie ma takiej ulicy.
  • Ale ja nie wiem. Jak jest tutaj internet to mogę sprawdzić w rezerwacji.
  • Nie ma internetu, ale proszę pokazać.
  • No ale jak nie ma internetu to jak mam pokazać?
  • Jak pani tam dojedzie, jak pani nie zna adresu?
  • Mają po mnie przyjechać z hostelu.
  • Aha. Na jak długo pani tu zostaje?
  • Tak jak napisałam, na jakieś 7 godzin.
  • To po co pani idzie do hostelu?
  • To jeszcze chcę zobaczyć pani potwierdzenie lotu.
  • Proszę bardzo… – już nic nie jest w stanie mnie zdenerwować…
  • A, aha… Kto robił te rezerwacje?
  • Rezerwacje hotelu – mój chłopak. Na samolot – pan z lotniska na St Marteen. Ja tu wcale nie chcę być proszę pani. Ja bym bardzo chciała być na Dominice. Najlepiej 2 dni temu.
  • A, aha. No dobrze. Ale proszę się nie spóźnić na samolot jutro.

Po tej wspaniałej rozmowie, pani dała mi wizę na jeden dzień! Byłam nieco wkurzona przez to przesłuchanie, bo było prawie gorzej niż na granicy w USA. Ewidentnie Antigua ma ogromny problem z imigrantami z Unii Europejskiej 😉 Dodam jeszcze, że ledwo co rozumiałam, bo karaibski angielski powiedzmy sobie szczerze nie jest moją najmocniejszą stroną 😉

Czekała mnie jeszcze kontrola celna. Pokazałam panu, że mam tylko torebkę, a on na to:

  • Skąd pani jest?
  • Z Polski.
  • To w Nowym Jorku?
  • Słucham??
  • No, czy to jest w Nowym Jorku? Bo wpisała pani w stan „NY”.
  • Jezu, to nie ja pisałam. To ta pani w okienku.
  • Aha. Po co pani tu przyleciała?
  • Mam o 7 rano samolot na Dominikę. W sumie jak dalej mi tak będzie szło, to wcale nie będę musiała wychodzić z lotniska.
  • No dobrze, proszę iść. I życzę miłego pobytu.

Antigua i Barbuda wita!

Wyszłam wreszcie do hali przylotów. Tam zobaczyłam wielkiego mężczyznę z równie wielkim afro i kartką „Adrianna + 1”. Pan był bratem właścicielki hotelu. Wytłumaczyłam mu, że mój +1 czeka na mnie na Dominice od kilku dni i chociaż bardzo bym chciała, żeby tu był no to niestety nie tym razem. Potem spędziliśmy miłe 15 minut na rozmowie o moim locie, braku bagażu, liniach lotniczych LIAT i o autostradach na Antigua. Wtedy się z tego śmiałam, ale teraz wiem, że Dominika nigdy nie doczeka się takich dróg jakie tam są. W końcu dojechaliśmy na miejsce i pan oprowadził mnie po moim pokoju. Powiedział, że możemy pojechać gdzieś, jeżeli chcę coś zjeść, ale ja chciałam już tylko wziąć prysznic i położyć się spać. Apartament był bardzo duży i na pierwszy rzut oka fajny. Niestety nie było obiecanej ciepłej wody i mydła, ale byłam w takiej desperacji, że umyłam się przy użyciu płynu do mycia naczyń i zimnej wody 😀 Napiłam się wody z kranu, bo już wcześniej dowiedziałam się, że na Karaibach można z reguły pić kranówkę i starałam się zasnąć. Dochodziła północ, co oznaczało, że za 5 godzin znowu musimy być na lotnisku…

Jak to bywa w takich sytuacjach nie mogłam zmrużyć oka. Przewracałam się z boku na bok, chyba nawet trochę sobie popłakałam wyobrażając sobie kolejne niepowodzenia, które mogą mnie spotkać w drodze na Dominikę. Wyobrażałam sobie, że zaśpię, zepsuje nam się samochód w drodze na lotnisko, ale że nikt po mnie przyjedzie, że na lotnisku będzie strajk, albo, że będzie zamknięte i samolot odleci beze mnie. W efekcie chyba przysnęłam tylko na 30 minut aż zadzwonił budzik o 4:40. Byłam gotowa do wyjścia i ku mojemu zdziwieniu mój transport przyjechał punktualnie o umówionej godzinie. Okazało się jednak, że ma z nami jechać jeszcze jeden chłopak, Kanadyjczyk, który zaspał i musieliśmy zaczekać aż się spakuje. Chłopie, lepiej pospiesz, albo ja ci pomogę się spakować… Spędziłam więc czas na pogawędce z moim nowym znajomym, popatrzyłam jak czesze afro specjalnym grzebieniem, który wyglądał dokładnie jak mój przyrząd do krojenia cebuli, posłuchałam opowieści o wyspie i różnicach pomiędzy Antiguą i Dominiką. Wreszcie przyszedł książę Kanady, mój ulubiony typ turysty, czyli „bakpaker” i mogliśmy jechać.

Jazda na lotnisko okazała się szybsza niż z niego, bo jechaliśmy z górki. Zaczęło już świtać kiedy dotarliśmy na lotnisko. Okazało się, że raczej nie utknę w kolejce gigant, bo byliśmy pierwszy lotem tego dnia. Lotnisko świeciło pustkami. W efekcie Kanadyjczyk rzucił mi mordercze spojrzenie, bo pewnie chciałby sobie jeszcze pospać, a ja mu nie dałam. No ale cóż, chyba sami rozumiecie, że przez ostatnie dwa dni wyczerpałam limit zaufania do lotnisk i linii lotniczych i wolałam dmuchać na zimne. Kiedy pani przy odprawie wręczyła mi deklarację celną z napisem „Commonwealth of Dominica” łzy radości stanęły mi w oczach. To już tak blisko!

Zasiadłam przed bramką i zaczęłam oglądać ludzi. Zdecydowaną większość stanowili studenci i ich rodziny – niektórzy przyjeżdżają z rodzicami na pierwsze kilka tygodni. Widziałam też kilku turystów. Ciekawiło mnie, na jakich innych wyspach byli i jak im się spodoba Dominika. Przede wszystkim jednak sama nie mogłam uwierzyć, że jestem już tak blisko celu! Starałam się zbytnio nie ekscytować, dopóki nie wyląduję na Dominice i nie zobaczę D. Starannie wypełniłam deklarację celną pożyczonym długopisem z napisem Harvard School of Medicine (warto pomarzyć…) i wypatrywałam naszego samolotu. W końcu zostaliśmy wezwani do boardingu. Ustawiliśmy się w kolejce przed samolotem i mogliśmy lecieć! To się dzieje naprawdę!

Wkrótce wzbiliśmy się w powietrze i mogłam zobaczyć Antiguę z jej okolicznymi lazurowymi wodami i zielonymi pagórkami z lotu ptaka. Nie żegnam się z Antiguą na długo, bo w kwietniu wracamy tu na wakacje! Tradycyjnie już po kilku minutach zasnęłam… Jakieś 30 minut później obudziły mnie ożywione rozmowy. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam wyspę, która wyglądała na zupełnie nie zamieszkałą przez człowieka. Wyglądała dokładnie tak jak wyobrażam sobie Park Jurajski. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle spośród drzew wyszedł T-rex, albo obok samolotu zaczęły latać pterodaktyle 😉 Okazało się, że podchodzimy do lądowania! To Dominika!

Na lotnisku powitał nas biały żuraw grzebiący w trawie na środku płyty lotniskowej i skromny budynek. St Marteen i Antigua miały terminale z prawdziwego zdarzenia, ale Dominika wciąż należy do krajów rozwijających się w przeciwieństwie do większości otaczających ją wysp. Wreszcie zatrzymaliśmy się i mogliśmy wysiąść. Tuż za płotem czekały rodziny moich współpasażerów, ktoś zaczął machać, ja jednak nie widziałam wśród nich D… Oczywiście zaczęłam się bać, że o mnie zapomniał. No ale skoro już tu jestem, to może warto pójść do kontroli paszportowej 😉

Podeszliśmy do budynku, gdzie powitały nas dwa prowizoryczne stanowiska – jedno dla rezydentów wyspy, drugie dla wszystkich pozostałych. Jak się spodziewacie, wszyscy zaczęliśmy się tłoczyć do tego okienka dla cudzoziemców, a drugie stało puste, ale nikomu to nie przeszkadzało. Kolejka sięgała aż za drzwi. Bynajmniej nie dlatego, że było nas tak dużo, tylko dlatego, że w jednym pokoju – dosłownie pokoju – mieściła się kontrola paszportowa, odbiór bagażu i kontrola celna. Ja stałam na samym końcu, ale myślałam, że skoro jest nas tak mało, to sprawnie pójdzie. Myliłam się… Każdy przede mną podlegał szczegółowej kontroli i musiał odpowiedzieć na serię dziwnych pytań. Trwało to wieki! Zaczęłam się trochę stresować. Kiedy udało mi się wejść już do budynku, zauważyłam, że w części bagażowej stoi chyba moja walizka! Nie wiedziałam, jak to możliwe, że przyleciała przede mną, ale dało mi to nadzieję na to, że może moje inne walizki też gdzieś tam stoją. Kolejne minuty spędziłam na gapieniu się na moją walizkę i przypominaniu sobie, co do niej zapakowałam. W końcu jako przedostatnia zostałam wezwana do kontroli. Wręczyłam panu mój paszport i list z uniwersytetu. Pan tylko spojrzał na mnie i od razu dostałam nową pieczątkę w paszporcie. Jestem już tak blisko! Czy to się dzieje na prawdę?

Od razu podeszłam do mojej walizki i zaczęłam w okolicy szukać dwóch pozostałych. Pracownicy zaczęli mi pomagać, ale jakoś nie mogli pojąć jakim cudem moja walizka dotarła na miejsce przede mną. No cóż, to nie jedyna dziwna sprawa, która mnie spotkała przez ten weekend. Złapałam za moją złotą skrzynię i podeszłam do kontroli celnej. Kiedy byłam już 2 kroki od stanowiska – co nie było trudne, bo cały pokój miał może 10 na 15 metrów, podszedł do mnie pan tragarz oferując swoją pomoc nie bacząc na mój sprzeciw. Już ja znam takich jak pan… No ale nic, nie chciało mi się z nim walczyć. Nie pomógł mi już we wrzuceniu na stół mojej 23 kg walizki, ewidentnie jego usługi kończą się na toczeniu za rączkę. Nie zawracałam sobie tym głowy, bo musiałam skupić wszystkie zmysły na zrozumieniu pana celnika i naświetleniu mu zawartości mojej walizki:

  • Dzień dobry, witamy na Dominice. Jaki jest cel pani podróży? – oczywiście musiałam prosić o powtórzenie…
  • Mój chłopak studiuje na Ross Univeristy.
  • Na jak długo pani tu przyjechała?
  • Oby do końca studiów, mam mieć niebawem rozmowę o wizę na stały pobyt!
  • I przyleciała pani tylko z jedną walizką?
  • W Warszawie miałam trzy, ale tylko jedna doleciała… Gdzie mam iść to zgłosić?
  • Jak pani wyjdzie z lotniska to trzeba wejść do hali odlotów. Tam będzie stanowisko Winair. A skąd pani leci?
  • To wbrew pozorom nie jest takie proste pytanie. Przyleciałam z Warszawy przez Paryż, St. Marteen i Antiguę.
  • Aha. Dobrze. Czy wiezie pani coś dla swojego chłopaka?
  • W zasadzie to nie. Chyba, że misia, którego dostał od mojej mamy na gwiazdkę też powinnam wpisać na druku?
  • Nie, nie trzeba. To co jeszcze pani wiezie? Jakieś narkotyki? Alkohol?
  • Nie, nic takiego nie mam.
  • A artykuły spożywcze?
  • Tak, mam sporo, wszystko jest na deklaracji. Bo widzi pan, my bardzo lubimy sushi. Mam więc z sobą ryż, wodorosty, jakiś sos sojowy i kiszoną rzepę. – wiedziałam, że ten moment w rozmowie nadejdzie. Pretensjonalne z nas białasy…
  • A to ma pani ze sobą też gotowe sushi?
  • Słucham?
  • No czy ma pani ze sobą gotowe sushi?
  • Nie, nie mam.
  • No dobrze, to miłego pobytu!

Wtedy mój tragarz znowu się uaktywnił i złapał za walizkę. Ja poczłapałam z nim do wyjścia, otworzyły się drzwi… najpierw oślepiło mnie słońce, a potem śnieżnobiały uśmiech mojego ukochanego! Jednak po mnie przyjechał. Podbiegł do mnie jak na filmie i pewnie równie filmowo rzucilibyśmy się sobie w ramiona, ale pan tragarz zaczął ostentacyjnie domagać się zapłaty za swoje niesamowicie potrzebne usługi. D. dał mu kilka lokalnych dolarów, na co pan oznajmił, że cena za przywiezienie jednej walizki to 5EC (7,5 zł). To już nawet słynny one dolar nie wystarcza? D. wręczył panu wszystkie drobne z kieszeni po czym mogliśmy się oddalić.

Żadne słowa nie oddadzą tego, co wtedy czułam. To było wręcz surrealistyczne uczucie. Widziałam D. na własne oczy, ale nie mogłam uwierzyć, że wreszcie ta podróż dobiegła końca i że spotykamy się wreszcie po dwóch miesiącach. I to nie w Europie, nie w USA, ale na Dominice, wyspie o istnieniu  której jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia. Ale nasza przygoda z lotniskiem i liniami lotniczymi jeszcze nie dobiegła końca. Musieliśmy iść zgłosić zaginięcie moich walizek. Przeszliśmy więc do pomieszczenia szumnie nazwanego „halą odlotów”. Tam zastaliśmy kolejkę lokalsów tłoczącą się pod szyldem „Winair”. Stanęliśmy więc na końcu ogonka i czekaliśmy cierpliwie na naszą kolej. Oczywiście byłam zmęczona, spocona i zdecydowanie za ciepło ubrana, ale wreszcie nie musiałam być sama. Czułam się wspaniale i w sumie to mogłabym nawet czekać tam cały dzień, bo byłam w dobrym towarzystwie 😀 W „hali odlotów” naszą uwagę przykula piękna choinka, którą zobaczycie na załączonym obrazku. Odzyskałam siły i dobry humor. W końcu zostaliśmy wezwani na stanowisko, gdzie szybko okazało się, że będziemy musieli jeszcze zaczekać, bo teraz trwa odprawa. No, ale co to dla nas! W końcu pani sobie o nas przypomniała i z pomocą D. naświetliłam jej sprawę zaginionych walizek. Niestety lotnisko nie dysponuje skomputeryzowanym systemem, więc pani nie mogła sprawdzić, gdzie są walizki. Przyjęła jednak moje zgłoszenia i wypisała mi druk na papierze z kalką po drugiej stronie. Musiałam wyrecytować zawartość walizek (tutaj mój apel: proponuję przed pakowaniem się w dalekie strony spisać sobie co macie w każdej z walizek. Ja już nie pamiętałam po tych kilku dniach…), wybrać z listy kolor i typ walizki. Pani to wszystko dzielnie zapisała i powiedziała, że do mnie zadzwonią. Wszyscy wiemy, co to znaczy…

Z kartką w garści mogliśmy wreszcie pojechać do domu. Czekała nas jeszcze około godzinna przejażdżka. Chociaż lotnisko mieści się tylko 30 parę kilometrów od naszej wioski, jedzie się bardzo wąską krętą drogą. I to po lewej stronie… D. kocha samochody i uwielbia jeździć, ale już mnie uprzedził, że nie będzie łatwo. Pokonał już tą trasę kilka razy, jadąc mnie odebrać każdego dnia bez skutku i odechciało mu się wynajmowania samochodu kiedykolwiek indziej. A uwierzcie mi, to musiała być jakaś wielka trauma, bo D. bez samochodu, to jak ja bez komputera 😉 No ale wsiedliśmy i pojechaliśmy!

Tuż za lotniskiem powitał mnie spektakularny widok na morze, piękne palmy oraz… brak drogi. Droga i most zostały zmyte przez sierpniowy huragan Erica. O Erice napiszę jeszcze więcej później, bo niestety w jej skutku wyspa cofnęła się w rozwoju o 20 lat. Po krótkim objeździe wjechaliśmy na drogę i zaczęliśmy jechać przez wyspę. Mijaliśmy dżunglę, pola, czasem jechaliśmy przy samym morzu, przejeżdżaliśmy też przez wioski. Obserwowałam ludzi idących do kościoła, panów siedzących na ganku przed domem. Doszłam do wniosku, że natura przypomina mi trochę Brazylię i stan Bahia, ale wioski są dużo przyjemniejsze dla oka. Królowały różne kolory, nigdzie nie było strasznych brazylijskich murów i klockowatej zabudowy.

Podróż minęła mi bardzo szybko. Biedny D. musiał się bardzo stresować, starając się nas dowieźć w jednym kawałku. W końcu droga wydała mi się jakby szersza, pojawiły się chodniki, a co i raz musieliśmy przejeżdżać przez spowalniacz. Minęliśmy też kilka przejść dla pieszych… szybko domyśliłam się, że dojechaliśmy do Picard, czyli naszej wioski i naszego domu na najbliższe 2 lata…

KONIEC części trzeciej, ostatniej.

Dziękuję, że byliście ze mną przez całą tę podróż i mnie wspieraliście na Facebooku. Jeżeli jesteście spragnieni wiadomości o moim codziennym życiu w małej amerykańskiej wiosce na Dominice, to serdecznie was zapraszam na mojego fanpage’a. Wpisy na blogu będą pojawiać się raz na 2 tygodnie, tutaj możecie przeczytać o wszystkim z większymi szczegółami 🙂 

*Dominika zawdzięcza swoją nazwę Krzysztofowi Kolumbowi, który to przypłynął na nią w niedzielę, czyli właśnie w dzień o nazwie „dominica”. To nie mógł być przypadek, że i ja tam wylądowałam w tym samym dniu tygodnia 😉

Przeczytaj też:

7 thoughts on “O tym, jak doleciałam na Dominikę w dominikę*.

  1. O rany, a ja myślałam, że mój lot z Bangkoku do Sajgonu by tragicznie skomplikowany. To pestka przy Twoich przejściach. Przeczytałam właśnie wszystkie 3 części i nie wyobrażam sobie, co więcej mogłoby pójść źle. Dobrze, że dotaraś 🙂 jak się skończyła sprawa z bagażami?

    1. O bagażach mogłabym napisać kolejną opowieść… Ostatecznie dotarły do mnie tydzień pózniej i przeleciały pół świata zanim do mnie dotarły. A co się wydarzyło podczas twojego lotu? Jestem ciekawa!

  2. Bardzo czekalam na czesc trzecia Twojej podrozy.Najwazniejsze ,ze dotarlas do celu .Teraz czekam na opisy zycia sie na wyspie.

  3. Pani na lotnisku mistrzostwo świata. Podobne przygody mogą się przydarzyć nie tylko na Karaibach, ale też w praktycznie całej Afryce i znacznej części Azji. I to często niestety jak szanowna Pani się uprze to może się skończyć, bez happy endu na zasadzie „nie bo nie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 + 13 =