Lot Air France na Dominikę: podejście pierwsze, nieudane.

Jako rzecze przysłowie: „Jaki Nowy Rok, taki cały rok”, ja jednak mam nadzieję, że mój rok 2016 będzie nieco lepszy niż jego pierwsze 3 dni. Oczywiście może powinnam być wdzięczna Air France, że zatroszczyli się o mnogość nowych tematów i wycieczkę – najpierw po Europie, a potem po Antylach Mniejszych. Oczywiście na mój koszt, wszak to zawsze wszystko moja wina… No ale zacznijmy od początku. Zapraszam was na opowieść o tym jak zwykły lot Air France, a właściwie trzy loty, które miały w sumie zająć 17 godzin, mogą przerodzić się w lotniskowy koszmar.

Cofnijmy się w czasie o kilka tygodni. Praktycznie od razu kiedy dowiedziałam się o przeprowadzce na Dominikę zaczęłam przygotowania. Ile mam wziąć walizek? Co muszę kupić jeszcze w Polsce? Czy mogę coś wysłać paczką? Kilka tygodni pakowałam 3 walizki – dwie duże i jedną podręczną. Przepakowywałam się, dokładałam coś, wyjmowałam coś innego. Zapakowałam niezbędne rzeczy do podręcznej walizeczki, wszak przy takiej podróży bagaże często giną… Poza tym bilet miałam na 1 stycznia. Kupiliśmy „najtańszy”, czyli za jedyne 750 EUR w jedną stronę. Oczywiście za dodatkową walizkę musiałam dopłacić jeszcze 100 EUR, no ale jak mus to mus. Plan podróży prezentował się następująco:

Air France 1247
z WAW do CDG 1.01, 06:40
Air France 498
z CDG do SXM 1.01, 10:45
Winair 7104
z SXM do DOM 1.01, 17:30

Miałam już za sobą jeden długi lot Air France, bo wracałam z nimi z Brazylii z przesiadką w Paryżu na CDG, więc nie miałam żadnych złych myśli i nie byłam negatywnie nastawiona, tak jak to na przykład było w przypadku lotu Aerofłotem do Bangkoku. No i tak właśnie skoro świt 1 stycznia mama odwiozła mnie na lotnisko. Z trudem zapakowałyśmy moje 55 kg bagażu na wózek i mimo rąk przymarzających do metalowego uchwytu dopchałyśmy się jakoś na terminal. Tam oczywiście pustki, bo kto inny chciałby podróżować w noworoczną noc? Najpierw musiałam zapłacić za walizkę, a potem już nie pozostało nic innego jak iść na stanowisko check-in.

  • Pani Adrianna… leci pani przez Paryż i Sant Marteen na Dominikanę…
  • Na DOMINIKĘ. – powtórzyłam jak mantrę, pewnie po raz setny przez ostatnie kilka tygodni.
  • Aha, no tak. No Dominikę. Przepraszam.

Potem miły pan wydrukował moje boarding passy i zabrał dwie duże walizki, informując mnie przy tym, że polecą prosto na Dominikę. Sama upewniłam się sprawdzając naklejki, i faktycznie widniało tam tam wielkie DOM. Doskonale. Kiedy już miałam odchodzić, pan zawołał mnie z powrotem. Okazało się, że mój lot Air France do Paryża jest pełen i musi zabrać też mój bagaż podręczny. Nie muszę nic płacić, ale podobnie jak dwie pozostałe walizki musi nadać go od razu na Dominikę. Chwilę się wahałam, ale w sumie nie było wyboru i za chwilę zobaczyłam moją małą walizeczkę podążając w ślad za dwiema pozostałymi. Pomyślałam sobie, że może to lepiej, bo będę miała mniej noszenia podczas przechodzenia z bramki do bramki na moich lotniskach przesiadkowych, więc jakoś to będzie.

Następnie pożegnałam się z mamą i poszłam do kontroli bezpieczeństwa, która przebiegła pomyślnie, bo na lotnisku chyba byli tylko pasażerowie z mojego lotu do Paryża. W strefie wolnocłowej kupiłam sobie najdroższą kawę na świecie i cyknęłam pożegnalną fotkę z Żubrem, po czym zasiadłam przed bramką i czekałam na odlot. Boarding miał się zacząć o 6:10, a samolot miał odlecieć o 6:30…

O 6:20 atmosfera zaczęła się zagęszczać. Moi współpasażerowie zaczęli formować kolejkę, nie wiedząc po co, skoro miejsca są numerowane, ale już takie są prawa lotniska. W końcu 10 minut później poinformowano nas, że z przyczyn technicznych boarding będzie opóźniony. No shit Sherlock? Więc czekaliśmy dalej. W końcu jakoś o 6:40 zaczęliśmy wchodzić do samolotu. Ja zaczęłam powoli kalkulować sobie, czy zdążę w takim tempie na następny samolot, który zamykał bramkę o 10:20 no i wyszło mi, że raczej tak. Niestety po wejściu do samolotu okazało się, że czeka nas jeszcze odmrażanie samolotu, co zajmie kolejne 20 minut. Wtedy jednak wolałam się tym nie martwić i po prostu poszłam spać, słusznie pewnie stwierdzając, że nic i tak z tym nie zrobię.

Noc przed lotem oczywiście nie spałam, więc przespanie całego lotu nie było dla mnie problemem. Dotknęliśmy ziemi o 9:37. Pomyślałam, że w sumie jak na takie opóźnienie, to nie jest tak źle. Boarding zaczyna się dopiero za 15 minut, a kończy za ponad 40, więc jakoś dam radę. Lotnisko Charles de Gaulle w Paryżu jest bardzo duże, więc zanim zaparkowaliśmy samolot i wyszliśmy to minęło chyba jeszcze 10 minut. Ja wtedy puściłam się biegiem podążając za znakami „transfer”. Udało wyprzedzić mi się większość pasażerów z mojego lotu. Wtedy pomyślałam sobie, że może to i dobrze, że zabrano mi walizkę podręczną, bo z samą torebką mogłam gnać przez terminal jak strzała. Wbiegłam po kolejnych schodach i moim oczom ukazał się ogromny tłum. Co najmniej kilkaset osób tłoczących się do… kontroli paszportowej. Co tu się dzieje? Pobiegłam do pracownika lotniska i pokazałam mu swój bilet. On coś tam zeskanował i odpowiedział „Ma pani czas, proszę iść do kolejki”. Ale mój boarding kończy się na 20 minut!!. „Proszę wracać do kolejki, inni ludzie są w tej samej sytuacji.”. Całą sytuacja wydała mi się dziwna, bo tak ogromnej kolejki nie widziałam jeszcze nigdy, a już nie raz przecież miałam transfery. Po pierwsze na większości lotnisk mieszkańcy UE mogą przejść przez kontrolę automatyczną, skanując po prostu swój paszport i przechodząc przez specjalną kabinę. To bardzo przyspiesza proces. Czy ta technologia nie dotarła jeszcze do Francji? Dopiero kiedy na moim horyzoncie pojawiły się bramki kontrolne zorientowałam się, o co chodzi. Z 15 stanowisk pracowały tylko TRZY. Ok…

Zaczęłam rozmawiać ze współpasażerami. Większość miała loty niedługo i wszyscy zaczęli się denerwować. Ja ze stresu zaczęłam nawet gadać do Słowaków po polsku, nie zważając na ich zapewnienia, że mnie nie rozumieją. Stojąca przede mną Amerykanka wezwała ponownie pracownika lotniska, który przechadzał się dookoła tłumu i poinformowała go, że jej samolot odlatuje za 20 minut i czy mogłaby przejść na początek kolejki, On oczyścicie ze stoickim spokojem odparł, że wszyscy są w tej sytuacji i ma czekać. No skoro mamy czekać, to trochę się uspokoiłyśmy. Przecież samoloty nie odlecą puste… W końcu zaczęłam zbliżać się do kontroli. Teraz wreszcie dostrzegłam trzeci z problemów – panowie strażnicy prowadzili chyba strajk włoski. Każdy paszport przeglądali strona po stronie, potem odkładali na bok, rozmawiali ze sobą po francusku, coś żartowali, a ludzie ze łzami w oczach przestępowali z nogi na nogę. Bo i co mieliśmy robić zdani na łaskę panów celników? Wiem, że Francja słynie ze strajków, ale czy to jest naprawdę słuszna metoda? Kiedy nadeszła moja kolej, pan nawet nie otworzył moje paszportu (!!). Porozmawiał chwilę z kolegą po czym oddał paszport i mogłam iść dalej. A raczej biec!

Rzuciłam okiem na tablicę odlotów, żeby wiedzieć, gdzie mam biec. „St Marteen, Gate M24, Boarding LAST CALL”. Dobra jest, mam jeszcze szansę!. Puściłam się pędem, niczym Usain Bolt, pokonałam kolejne schody w zastraszającym tempie, tylko po to, żeby ZNOWU stanąć w kolejne. Wtedy już zaczęłam się pocić i łzy stanęły mi oczach. Co znowu? Okazało się, że do bramek M musimy podjechać autobusem… całe szczęście autobus szybko podjechał i wsiadłam do środka. Kiedy już mieliśmy odjechać, pracownik lotniska kazał nam się zatrzymać i dopakował jeszcze 20 osób. W końcu ruszyliśmy.

Kolejka do autobusu

I jechaliśmy 10 minut!!!! Wtedy już zaczęłam powoli tracić nadzieję, ale też stwierdziłam, że dopóki na własne oczy nie zobaczę, że samolot odleciał beze mnie to się nie poddam. Zaczęłam więc biec co tchu. Rzuciłam okiem na tablicę odlotów i ku mojemu przerażeniu zobaczyłam, że przy moim locie nie ma już numeru bramki, ani nawet nawoływania „last call”. Zapamiętałam jednak numer i zaczęłam biec jak opętana, sapiąc przy tym jakbym właśnie kończyła maraton. Biegnąc rzuciłam okiem na stanowisko obsługi klienta i zobaczyłam tam dziewczynę z lotu do Detroit, która stała przede mną w kolejce do kontroli paszportowej. No nie jest dobrze… Dobiegłam na miejsce i niestety moje obawy się potwierdziły. Nikogo już tam nie było… Wtedy niestety łzy trysnęły mi z oczu i zaczęłam biec (czemu znowu biec? chyba się przyzwyczaiłam) do punktu obsługi klienta… to w końcu ich wina, że nie zdążyłam, więc na pewno będą mogli mi pomóc. Zadzwoniłam też na Dominikę do D., żeby móc się wypłakać i popomstować na żabojadów.

W punkcie obsługi klienta Francja znowu stanęła na wysokości zadania sadzając jednego biednego pana. Ja miałam to szczęście, że przybiegłam szybko i byłam pierwsza w kolejce za obecnie obsługiwaną dziewczyną z lotu do Detroit. Za mną jednak szybko zaczął formować się długi ogonek niezbyt szczęśliwych klientów, którzy też nie zdążyli na swój lot Air France. Poprzez „niezbyt szczęśliwy” należy rozumieć „wku*wi%ny do imentu”. Chwile po mnie do kolejki dołączyła para z Polski, która tak jak ja miała lecieć tym samym samolotem na St Marteen. Ich obecność trochę mi pomogła, bo mogliśmy razem po polsku wyładować jakoś złość. Okazało się, że lecą na urlop i z St Marteen chcą statkami zobaczyć inne wyspy. Pogadaliśmy jeszcze o naszych innych lotniczych wpadkach i w końcu po 20 minutach nadeszła moja kolej…

Wytłuściłam panu mój problem, a on od razu zaczął szukać czegoś w komputerze. „Postaram się pani pomóc.”. Ja oczywiście znowu zaczęłam płakać. Jakieś 15 minut pan szukał czegoś w komputerze i robił zatroskane miny, dzwonił w różne miejsca, a ja wisiałam na kontuarze. W końcu poinformował mnie:

  • Problem jest taki, że wszystkie lot z St Marteen na Dominikę są wyprzedane do 6 stycznia. Może pani zostać w Paryżu, a my będziemy czegoś szukać, albo poleci pani na inną francuską wyspę i następnego dnia stamtąd na Dominikę, ale wtedy musi pani załatwić sobie nocleg i wyżywienie na własny koszt.

Ja oczywiście nie zgodziłam się na żadną z wymienionych opcji. Cała sytuacja nie zaistniała z mojej winy. Bilet kupił przez stronę Air France, więc powinni wiedzieć ile czasu należy zostawić na przesiadki uwzględniając zdarzenia losowe. Zresztą wiedziałam, że w samolocie zawsze są ekstra miejsca, tylko trzeba chcieć je komuś dać. Pan w sumie się ze mną zgodził i zaczął dalej czegoś szukać. Ja wisiałam nad nim już 40 minut, całe szczęście w międzyczasie zaczęli schodzić się inni pracownicy. Para z Polski dostała lot na St Marteen na sobotę i Air France zapewniło im hotel i wyżywienie, co sobie skrzętnie odnotowałam w umyśle. W końcu mój pan powiedział, że jeżeli chcę się dostać jak najszybciej, to proponuje mi lot dziś do Pointe-à-Pitre (to największe miasto na Gwadelupy), a potem następnego dnia lot na Dominikę. Problemy były dwa – po pierwsze musiałabym sama zapłacić za hotel i jedzenie, a po drugie musiałabym przejechać z Charles do Gaulle na Orly, wioząc z sobą walizki. Do tego, nie mogli mi zagwarantować, że zdążę, bo jeżeli będzie korek na autostradzie, no to koniec. Ta niezwykle wspaniała propozycja doprowadziła mnie do kolejnego już załamania nerwowego, ale przystałam na nią, bo jednak wizja koczowania w Paryżu przez prawie tydzień jakoś mnie nie urządzała. Pan zaczął coś organizować, w końcu jednak znowu zrobił zatroskaną minę i zaczął do kogoś dzwonić. Ja w tym momencie nie miałam już nawet siły się denerwować, tylko tępo się patrzyłam na niego. W końcu okazało się, że mój bilet na ostatnim odcinku drogi, czyli z St Marteen na Dominikę jest zablokowany i nie można go zamienić na inny odcinek. Ja oczywiście ponownie zaczęłam płakać, a pan wezwał panią menadżer, bo chyba sytuacja robiła się bardzo skomplikowana.

Zawezwana pani menadżer przyszła i zaczęła dzwonić do karaibskich linii lotniczych, żeby odblokowali mój bilet. Oczywiście nikt nie odbierał. Potem pani menadżer i mój pan wpadli na 10 jeszcze innych pomysłów, niestety w każdym z nich coś nie grało i w końcu, czyli po prawie dwóch godzinach odesłali mnie na krzesełka. Ja zasiadłam tam kontemplując swoje życie. Jeżeli mnie znacie, to wiecie, że zawsze coś idzie nie po mojej myśli. Wszystko byłoby ok, ale ostatnio chyba miałam za dużo atrakcji. Siedząc obserwowałam panią menadżer rozmawiającą przez telefon, a potem panią menadżer z dwójką innych ludzi żywo gestykulujących. Po pewnym czasie pani przyszła do mnie i zabrała mi paszport. No, coraz lepiej. Może pani zniknie i zostanę nie tylko bez lotu i bagażu, ale też i bez paszportu. W końcu po 30 minutach pani wróciła i poprosiła mnie z powrotem do kontuaru. Tam przedstawiła mnie nowemu panu, który to teraz miał się zajmować nową sprawą. Pan bardzo pewny siebie oznajmił mi, że moja sytuacja jest trudna, bo nie ma już lotów z St. Marteen na Dominikę (wielkie odkrycie?), ale że znalazł mi lot. No doskonale, dokąd mam lecieć? Do do Pointe-à-Pitre, tam znaleźć sobie nocleg a nazajutrz na Dominikę. Wtedy już lekko wrzucona poinformowałam pana, że to rozwiązanie było mi proponowane ponad godzinę temu, ale z jakiegoś powodu jego koledzy od niego odeszli. I wszystko o czym mnie poinformował ja już wiem, bo stoję tu już z przerwami ponad 2 godziny. Pan no to powiedział, że to jedyne rozwiązanie i muszę tam lecieć, nie ma innej opcji. Na co ja zapytałam go, jakim cudem mam teraz, czyli na kilka minut przed 13 zdążyć znaleźć gdzieś moje bagaże, dojechać na Orly, odprawić się, przejść kontrole i dobiec do bramki, skoro lot jest rzekomo o 15. Pan na to powiedział, ze faktycznie jest już za późno i PRZEGAPIŁAM LOT. Na co ja oczywiście po raz 100 wkurzyłam się i zaczęłam płakać. Powiedziałam mu, że jego koleżanka, pani menadżer, sama kazała mi czekać i zabrała mi nawet paszport. No to i czekałam. Pan się wtedy obraził i powiedział, że w takim razie mam rozmawiać z jego koleżanką, co ja i też zrobiłam.

Już nigdy nie dojadę...

Już nigdy nie dojadę…

Pani menadżer przestała być już miła i oznajmiła mi nagle, że to moja wina, że nie zdążyłam na samolot i że oni nie mogą nic więcej dla mnie zrobić. Wtedy ja już na skraju wytrzymałości powiedziałam jej, że nie zdążyłam przez opieszałość jej kolegów celników oraz ewidentnie źle zaplanowane połączenie, skoro prawie nikt z samolotu z Warszawy nie zdążył na dalsze połączenia, czy to na St Marteen czy do USA. Pani wtedy się trochę zmieszała i powiedziała, że nie wiedziała, dlaczego nie zdążyłam na samolot. Faktycznie słyszała o dzisiejszej sytuacji z kontrolą paszportową. Poza tym będzie ze mną szczera – samolot lecący na St. Marteen, na pokładzie którego miałam być, ma awarię techniczną i wraca do Paryża. Kiedy zabrała mi paszport próbowała mnie wsadzić z powrotem na pokład tego samolotu, ale raczej nie będzie to możliwe. Mnie oczywiście zamurowało. Ewidentnie los nie chciał, żebym doleciała na Dominikę za pierwszym zamachem.

12482927_10208266334125865_1882572197_o

Razem wróciłyśmy do mojego pana i z tego co się zorientowałam rozgorzała dyskusja na temat tego, dlaczego wcześniej kazali mi czekać zamiast kazać mi pędzić na Orly, skoro dwie godziny wcześniej miałam jeszcze szansę zdążyć, a teraz to już nie ma na nic szansy. Pani mówiła, że bilet był zablokowany, a pan, że to niemożliwe i tak w kółko. Ja przeżyłam kolejne kilka załamań nerwowych i powiedziałam, że mogę zostać we Francji kilka dni jeżeli będzie trzeba, ale po prostu chcę w końcu dolecieć. Pani na to odparła, że na pewno nie zapłacą mi za żaden hotel, bo nikomu nie płacą. Ja jednak sama byłam świadkiem, że para Polaków dostała miejsce w hotelu, to dlaczego ja niby mam nie dostać. Pani menadżer na to stwierdziła, że moja sytuacja jest inna. No tak, inna. Dużo gorsza! To chyba chciała pani powiedzieć. Kolejne 10 minut spędziłam na kłóceniu się o to, dlaczego Air France nie może mi zapłacić za hotel, skoro sami wielokrotnie już w ciągu jednego dnia zawalili. W międzyczasie pan poinformował mnie, że mogłabym w sobotę polecieć do Pointe-à-Pitre, tam musiałabym spać, żeby w niedziele rano dolecieć na Dominikę. Zgodziłam się na to, bo już na serio znudziła mnie ta cała przepychanka. Pan coś tam sobie grzebał w komputerze, na co pani oznajmiła, że może jednak wsadzą mnie na ten lot do St. Marteen, który zawrócił. Ludzie, ratunku! Wszystko mi jedno, ale zabierzcie mnie stąd! W końcu jednak doszli do wniosku, że nie ma pewności kiedy i czy ten zepsuty samolot będzie gotowy do następnej podróży. No dobra, nic mnie to nie obchodzi, chcę dokądś polecieć, na litość boską! Pani menadżer się poddała i poszła zajmować się innymi pasażerami. Znowu zostałam tylko i pan, który szukał czegoś w komputerze. Powisiałam sobie tak nad nim kolejne 10 minut, kiedy to stwierdził, że ma dla mnie dobrą wiadomość. Jutro uda mi się dolecieć na Dominikę! Muszę tylko jedną noc w Paryżu spędzić na swój koszt, a jutro rano polecę na St Marteen a stamtąd na Dominikę, bo zwolniło się jedno miejsce w samolocie. Hurra! A może raczej, hurra?

Jeszcze sto razy upewniłam się jak i kiedy lecę i po kilku minutach szłam już w stronę wyjścia z boarding passem na jutrzejszy lot i z wydrukiem, który miałam pokazać na St. Marteen na stanowisku Air Antilles, które miały mnie zabrać prosto na Dominikę. Pan też poinformował mnie, że mogę zabrać jedną torbę z sobą, a dwie pozostałe polecą prosto na Dominikę. Skierowałam więc swoje kroki do sali z bagażami, gdzie niestety zostałam poinformowana, że nie ma możliwości wyjęcia tylko jednej torby. Albo biorę wszystkie trzy, albo żadną. Stwierdziłam więc, że może lepiej wcale nic nie wezmę, bo wizja mordowania się z trzema walizkami, skoro i tak ledwo sama stoję już na nogach mnie przerasta. Dostałam za to kosmetyczkę Air France z niezbędnymi rzeczami. Dzięki?

W końcu wyszłam do hali przylotów, w której oczywiście nikt na mnie nie czekał. Wcześniej pan poinformował mnie, że w hali przylotów jest informacja turystyczna, w której pomogą mi zarezerwować tani hotel, to niestety rzeczona była zamknięta. Już wtedy powinnam zacząć się zastanawiać nad moim zbawcą, bo póki co żadna z przekazanych przez niego informacji nie okazała się prawdziwa. Kroki skierowałam w stronę ławki, na której usiadłam, żeby poszukać jakiegoś lokum. Było dopiero trochę po 14, na lotnisku musiałam być o 8 rano, a jedyne o czym marzyłam to jedzenie i sen. Na lotnisku było na szczęście WIFI, więc z pomocą booking.com udało mi się znaleźć pokój jednoosobowy w hotelu 3 km od lotniska z darmowym dowozem z i na lotnisko za jedyne 40 EUR. Jak na Paryż i bliskość lotniska to cena świetna, więc szybko zarezerwowałam co trzeba i udałam się w poszukiwaniu rzeczonego busika. Niestety moje poszukiwania spełzły na niczym, bo przypomnę jeszcze, że lotnisko CDG jest ogromne i mi kilka wielkich terminali, pomiędzy którymi jeździ pociąg… mój telefon do hotelu też na nic się zdał, nikt nie odbierał.

IMG_6311

Po raz tysięczny tego dnia pomstując na super organizację pracy Francuzów poszłam więc na postój taksówek. Tam zapakowano mnie do taksówki z wietnamskim kierowcą, który niestety ani po francusku, ani po angielski nie za bardzo… no ale to nic, pokazałam mu adres, wpisał go sobie w GPS, a ta jego spec-maszyna pokazuje 6 km! Halo, halo, to nie żadne 6 km, tylko 3! Starałam się jakoś z nim dogadać, ale był wyjątkowo oporny. Jechaliśmy więc w nieznanym mi kierunku, taksometr co dosłownie 30 sekund pokazywał kwotę wyższą o jedno euro, a ja modliłam się, żeby w końcu gdzieś dojechać. Kilka minut później przybyliśmy do czegoś, co wyglądało na miasteczko hotelowe, w którym miałam się zatrzymać. Mój pan taksówkarz gdzieś jechał rozglądając się nerwowo, aż w końcu dojechaliśmy do ronda, po którym przejechaliśmy w kółko 5 razy, a pan coś gadał sam do siebie w tylko sobie zrozumiałym języku. Zobaczyłam, że mam już do zapłacenia 18,5 EUR, więc kazałam mu się natychmiast zatrzymać. Dałam mu z bólem serca 20 EUR, z których nie chciał mi wydać reszty i postanowiłam zakończyć tę farsę i poszukać hotelu na własną rękę. Zaczęło padać, a przypomnijmy, że miałam na sobie letnie sukienkę, bluzę dresową i buty trekkingowe, bo ciepłe ubrania mama zabrała mi na lotnisku… Zobaczyłam w końcu na horyzoncie hotel Marriott, gdzie postanowiłam zasięgnąć języka. Miły pan concierge od razu wręczył mi mapę całego miasteczka i poinstruował mnie jak mam iść do mojego hotelu. Okazało się, że jest przy samym zjeździe z autostrady i chyba taksówkarz na prawdę pierwszy raz jechał gdziekolwiek, skoro nie wiem gdzie to jest. No nic to…

Po kilku minutach marszu w końcu dotarłam na miejsce. Tam po raz kolejny postałam sobie przy kontuarze, aż w końcu dostałam kod do swojego pokoju. Weszłam do środka i od razu rzuciłam się z płaczem na łóżko. Niby jutro już polecę, ale czy na pewno? Zmarnowałam tyle pieniędzy, chociaż cała sytuacja nie była moją winą. W głowie kotłowało mi się dużo myśli. W końcu postanowiłam skorzystać z zawartości kosmetyczki którą dostałam od Air France. W środku zawierała bawełniany t-shirt, krem serum do nie wiadomo czego, grzebień, golarkę, oraz pastę do zębów i szczotkę. Nie jest źle! Po prysznicu i przebraniu w nowy strój poczułam się nieco lepiej. Zaległam na łóżku i straciłam przytomność, zbudził mnie dopiero głód. Niestety był pierwszy stycznia, więc wszystkie sklepy w okolicy były zamknięte, musiałam więc zadowolić się posiłkiem z automatu na dole. Po wykwintnej kolacji ponownie zasnęłam, myśląc, że jutro musi być lepiej. Ale czy na pewno? Od razu zdradzę, że NIE.

To jest część pierwsza mojej opowieści. Zapraszam na część drugą.

Przeczytaj też:

5 thoughts on “Lot Air France na Dominikę: podejście pierwsze, nieudane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

seven − 1 =