Lot Air France na Dominikę: podejście drugie, równie nieudane

Ten wpis to druga część opisu mojej długiej podróży na Karaiby. Jeżeli nie znasz części pierwszej kliknij tutaj.

Noc spędziłam na drzemaniu i gadaniu z D., który starał się jak mógł podtrzymać mnie na duchu. Sami wiecie jak dobrze śpi się przed ważnym wydarzeniem. Bardzo bałam się, że zaśpię. W końcu jednak o 6:30 zadzwonił budzik. Szybko spakowałam rzeczy, co w sumie nie było trudne, bo do zapakowania miałam raptem telefon, ładowarkę i kosmetyczkę od Air France. Zeszłam po schodach do recepcji i oceniłam, że w sumie mam jeszcze czas na śniadanie. Zainwestowałam ostatnie 5 EUR w przepyszny posiłek ze szwedzkiego stołu i postanowiłam najeść się na zapas, wszak nigdy nie wiadomo jak sprawy się potoczą… po wciągnięciu niezwykle pożywnej kanapki z bekonem (dieta, te sprawy), kanapki z dżemem i dobiciem się sokiem pomarańczowym i kawą ruszyłam w poszukiwaniu darmowego busika na lotnisko. Teraz nie miałam już wyboru, bo zostały mi same grosze, a nie chciałam powtarzać wczorajszej sytuacji z taksówką. Na moje szczęście zaraz podjechał różowy autobus z napisem „autobus TERMINAL 2E” i zaczęli z niego wytaczać się ludzie z walizkami, więc słusznie wywnioskowałam, że tylko mnie tam brakuje i wbiegłam do środka.

Podróż autobusem minęła bez większych ekscesów, chociaż staliśmy w korku już na samym terenie lotniska. Około 8. dotarliśmy na miejsce. Miałam prawie 3 godziny zapasu, liczyłam więc na powodzenie akcji. Rozpoczęłam wędrówkę przez terminal, aż dotarłam do wielkiej kolejki. To kolejka do kontroli paszportowej… hurra. W duchu cieszyłam się, że dziś mam nieco więcej czasu i nie muszę się aż tak stresować. W międzyczasie „przemiłe” panie pracownice wyłapywały ludzi z kolejki do ważenia i mierzenia bagażu. Ja miałam samą torebkę, więc mnie oszczędziły, chociaż gdyby ją zważyły to raczej nie byłyby zachwycone. Grunt to udawać, że torba jest lekka jak piórko 😉 Kolejka mimo kolosalnej długości posuwała się dosyć szybko. Dziś był już podział na paszporty UE i inne paszporty, poza tym otwarte było sporo okienek. I tak po 30 minutach przyszła moja kolej. Tym razem pan nawet pokusił się o zeskanowanie mojego paszportu i mogłam przejść dalej.

Oczywiście teraz przyszedł czas na kontrolę bezpieczeństwa. Jest to chyba moja najmniej ulubiona część, bo niestety oprócz tego, że nie można przewozić wody i żadnych płynów, na tackę trzeba wyłożyć całą elektronikę. A tej miałam całkiem sporo, więc spowodowałam mały paraliż kolejki. Potem jeszcze oczywiście „losowa” kontrola narkotykowa – ZAWSZE wypada na mnie – i byłam wolna! Ale, ale! Wczoraj już nauczyłam się, że może do moich bramek będę musiała jeszcze jechać 20 minut pociągiem, autobusem, a może nawet awionetką, więc po rzucie okiem na tablicę odlotów odetchnęłam z ulgą. Już nigdzie nie muszę iść! Skierowałam się prosto do bramki i rozsiadłam wygodnie z laptopem. Postanowiłam skorzystać z dostępnych ładowarek. Wtedy też wreszcie poczułam, że może już dziś się uda i w końcu wyląduje na Dominice. Napisałam chyba o tym nawet na mojej stronie facebookowej, którą sporo z was śledzi. Wasze wsparcie bardzo mi pomogło w tej podróży, więc jeszcze raz dziękuję. Starałam się zacząć pisać post na bloga, ale wtedy emocje były jeszcze zbyt świeże i nie potrafiłam zebrać myśli. Wkrótce jednak zeszło się więcej ludzi, a ja poszłam napełnić butelkę wodą (nigdy za mało wody!). Rzuciłam jeszcze okiem na moje bilety, żeby sprawdzić, czy wszystko się zgadza. Zauważyłam, że mój bilet z St. Marteen na Dominikę jest na godzinę wcześniej, niż miał być. W sumie się ucieszyłam, że będę na miejscu szybciej, ale coś mi się nie zgadzało, bo wczoraj pan w obsłudze klienta Air France mówił, że będę miała 2 godziny na transfer, a z moich obliczeń wynikało, że jednak chyba tylko godzinę… Nie miałam jednak czasu na dalsze rozmyślania, bo niebawem rozpoczął się boarding. Postanowiłam nie spóźnić się na ten samolot! 😉

Do środka wsiadłam jako jedna z pierwszych, co było posunięciem strategicznym, bo miałam miejsce w ostatnim rzędzie i nie chciałam potem przepychać się przez 40 minut na koniec. Rozsiadłam się wygodnie i starałam zrelaksować i myśleć pozytywnie. Nie bałam się samego lotu, bo już wracałam Air France z Brazylii, więc wiedziałam czego się spodziewać. Na pewno liczyłam na jadalne jedzenie, w przeciwieństwie do tego z Aerofłotu. Sam samolot był niezbyt nowy, siedzenia miały nawet popielniczki (hello?), a największy zarzut mam do ekraników do oglądania filmów. Jakość była po prostu tragiczna, ledwo co było widać, więc ja zrezygnowałam z oglądania. Całe szczęście miałam ze sobą inne rozrywki, bo inaczej przez dziewięciogodzinny lot można by było zapuścić korzenie z nudów… W pakiecie startowym dostaliśmy koc, poduszkę, słuchawki i maskę no oczy, więc w sumie wszystko co potrzeba. Mogłoby się wydawać, że to standard, ale w październiku przekonałam się lecąc amerykańskimi liniami United, że europejskie linie lotnicze to jednak klasa. Miejsca na nogi miałam sporo, kocyk był, więc byłam gotowa do lotu!

W końcu zauważyłam, że zbliża się do mnie jakiś młodzieniec, z wyglądu obstawiłam, że jest Holendrem. Przepuściłam go na jego miejsce – on siedział przy oknie, a ja od alejki. Lubię sobie popatrzeć przez okno, ale miejsce zewnętrze też ma swoje plusy, więc nie miałam z tym problemu. Po obejrzeniu filmu instruktażowego o bezpieczeństwie w samolocie wreszcie ruszyliśmy bez większego opóźnienia. Ja oczywiście tuż po starcie straciłam przytomność i zasnęłam. Nie pamiętam już kiedy udało mi się nie spać podczas startu, ale może to i lepiej, bo bardzo się wtedy denerwuję. Obudziłam się dopiero na pierwszy posiłek. Wtedy też pomogłam mojemu sąsiadowi rozłożyć stolik, co zainicjowało rozmowę. Okazało się, że mój nowy kolega faktycznie jest Holendrem, a leci na St. Marteen, żeby zrobić kurs dla barmanów. Ja oczywiście też musiałam się wyspowiadać z celu podróży i historii całego życia oraz szczegółowej historii o tym jak poznałam mojego chłopaka, która oczywiście została skwitowana „You are a naughty teacher!”… faceci i ich marzenia o niegrzecznej nauczycielce…. 😉 Kilka minut później oglądałam już zdjęcia restauracji i baru na plaży w południowej Holandii, który był własnością rodziców mojego sąsiada i w którym to przybytku on pracował. Okazuje się, że mają dużo gości cały rok, mimo że pogoda w Holandii raczej do najlepszych nie należy. Dostałam zaproszenie, żeby ich odwiedzić jeżeli będzie mi się kiedyś nudziło latem. Kto wie, może skorzystam?

Ale wracając do jedzenia. W czasie lotu dostaliśmy jeden większy posiłek i jedną przekąskę. Na większy posiłek zaserwowano nam kurczaka z zapiekanką ziemniaczano-marchewkową, dwie bułki, kawałek sera pleśniowego, sałatkę z ziemniakami i octem oraz jakąś słodką bułkę chyba ze śliwką. Do tego buteleczkę wina, którą wypiłam prawie na raz, co mnie zszokowało, bo normalnie wina nie lubię i staram się nie pić w podróży, ale tym razem miałam ochotę się „wyluzować”. Jedzenie było dobre i miało wyjątkowo domowy smak, ale nie zjadłam wszystkiego, bo wciąż byłam pełna po śniadaniu. Co mogłam to zachowałam na później, bo wiadomo jak jest… Na przekąskę tuż przed lądowaniem dostaliśmy bułkę, jogurt, biały ser do smarowania i sok pomarańczowy. Do tego chyba jakiś herbatnik. Całość też była bardzo dobra, więc do jedzenia nie mam żadnych zastrzeżeń. Jeżeli chodzi o obsługę to też nie mam żadnych uwag, wszyscy byli mili i mówili po angielsku.

Podróż minęła bez żadnych incydentów. Albo rozmawiałam z nowym kolega, albo spałam albo czytałam książkę. Około 14:30 czasu karaibskiego zaczęłam się już trochę denerwować, bo samolot miał lądować o 15:15, a ja zaczęłam wątpić, że wylądujemy o czasie i czy zdążę na przesiadkę. Nawet Holender zaczął się denerwować w moim imieniu i poszedł zapytać obsługi, co oni o tym sądzą. Oczywiście wszyscy stwierdzili, że dam radę bez problemu, bo to jest bardzo małe lotnisko. Ja jednak średnio im wierzyłam, bo po wczoraj jakoś nie mam zaufania do pracowników ani linii lotniczych, ani lotnisk. Minuty mijały, a ja wlepiałam oczy w ekranik z mapą naszego lotu i przewidywanym czasem lądowania. W końcu o 15:10 wyjrzałam przez okno i wciąż wydawało mi się, że jesteśmy podejrzanie wysoko, jak na lądowanie za 5 minut. Wtedy, jakby czytając w moich myślach odezwał się kapitan statku informując nas, że jest korek do lądowania na lotnisku i musimy zaczekać 15 minut. Mnie już wtedy oblały zimne poty. Spakowałam rzeczy i postanowiłam zacząć biec do wyjścia jak tylko samolot dotknie ziemi, bo ten kto leciał kiedyś tak dużym samolotem wie, ze wyjście z ostatniego rzędu może zająć nawet kilkanaście minut. Więc nie dość, że samolot jest opóźniony, to jeszcze moje wyjście z samolotu może dodać kolejne opóźnienie. Starałam się jeszcze nie panikować, ale moje dobre samopoczucie minęło. W końcu zaczęliśmy zniżać się do lądowania, a ja wcisnęłam sąsiadowi kamerkę, żeby mi nagrał to doniosłe wydarzenie. W stresie, czy nie – kronikarski obowiązek należy spełnić.

Kiedy tylko zgasła sygnalizacja „zapiąć pasy” wyrwałam jak strzała. Udało mi się przebiec jakieś 15 rzędów zanim zostałam zablokowana. No, zawsze coś. Niestety tak jak przypuszczałam wychodzenie dłużyło się niemiłosiernie. W międzyczasie zaczepiłam jeszcze stewardessę z pytaniem, czy jej zdaniem dam radę, na co ona odparła, że na pewno tak, bo wszyscy mają przesiadki i są w tej sytuacji. Już to wczoraj słyszałam, droga pani… W końcu wytoczyliśmy się z samolotu, a ja znowu rozpoczęłam szaleńczy bieg po złoto. Wczoraj pan z Air France poinformował mnie, że po przylocie mam kierować się w stronę transferów, a potem znaleźć okienko Air Antilles. Ku mojemu zaskoczeniu na lotnisku nie było tradycyjnych znaków „transfer”, tylko 3 różne: „transfer z boarding passem i bez bagażów”, „transfer bez boarding passu i bez bagażów” oraz „transfer bez boarding passu i z bagażami”. Hilfe! Który to ja? Oczywiście w okolicy nie było nikogo, żeby zapytać. Wywnioskowałam więc, że bagażu już nie mam, tak samo jak nie mam boarding passa, więc poszłam szukać stanowiska Air Antilles. Na miejscu panowało nie małe zamieszanie – ludzie tłoczyli się w poszukiwaniu szczęścia, a nic nie robiący sobie z tego panowie grali koncert tradycyjnej muzyki karaibskiej. Z jednej strony chciało mi się śmiać, a z drugiej płakać. Biegałam jak kot z pęcherzem w poszukiwaniu tablicy odlotów, albo chociaż tego słynnego stanowiska Air Antilles. W końcu znalazłam to pierwsze i z przerażeniem stwierdziłam, że na tablicy nie ma już mojego lotu na Dominikę! Ani żadnego innego w tamtym kierunku. Boże, znowu?? W końcu znalazłam kogoś z obsługi i zapytałam, dokąd mam iść i dlaczego nie ma mojego lotu. Pan na to skierował mnie na stanowisko Winair. Ale ja nie lecę Winair! Nie ważne, nie ma innego. Aha…

Stanęłam w kolejce, a przede mną stała jedna Amerykanka i czteroosobowa niemiecka rodzinka. Wszyscy ewidentnie byli dosyć mocno zdenerwowani. Amerykana przede mną starała się ustalić, która jest godzina, bo wiadomo, że przez zmianę czasu to już nic nie wiadomo. Mój zegarek pokazywał czas europejski, więc nie mogłam jej pomóc. W końcu ktoś powiedział, że jest 15:55. Mi oczywiście łzy znowu napłynęły do oczu, bo mój samolot odlatywał za 20 minut, a ja nawet nie wiedziałam, czy stoję we właściwej kolejce. Zaczęłam rozmawiać z tą Amerykanką i powiedziała, że lata regularnie na St. Kitts i że tutaj zawsze jest takie zamieszanie. Przepuściła mnie przed siebie, bo jej lot odlatywał dopiero po 18. Wtedy postanowiłam zagadać niemiecką rodzinkę i okazało się, że oni też lecą na Dominikę. Powiedziałam im, że mamy tylko 20 minut do odlotu, na co oni stwierdzili, że zaczekają przecież na nas.

Kiedy im powiedziałam, że nie zaczekają i o tym co mi się wczoraj przytrafiło trochę zrzedły im miny. W końcu nadeszła ich kolej. Dali paszporty i po 2 minutach pani Niemka odwróciła się do mnie i powiedziała „jest już za późno”. Cooo? „No za późno, nasze bagaże jutro dolecą”. Pani, co mnie bagaże obchodzą! Ale czy nas na pokład zabiorą?! Okazało się, że pani pracownica lotniska ugięła się pod naporem tłumu, bo ja znalazłam jeszcze trzyosobową chińską rodzinę, która co prawda nie mówiła po angielsku, ale chyba leciała na Dominikę i zadzwoniła na bramkę z informacją, że mają zaczekać, bo jeszcze ma tutaj 8 pasażerów. Mijały minuty, pani wydrukowała rodzince złe bilety i musiała wydrukować jeszcze raz. Ja myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Wszystko trwało tak długo, że byście nie uwierzyli. Nie wierzyłam, że cokolwiek na komputerze może zająć tyle czasu, już chyba lepiej by było wypisywać te bilety ręcznie. No ale w końcu rodzinka pożyczyła mi powodzenia i oddaliła się do kontroli bezpieczeństwa. Ja dorwałam się do kontuaru:

  • Dzień dobry! Tu jest mój paszport i wydruk z rezerwacją od Air France. Proszę bardzo.
  • Dziękuję… – po czym pani zaczęłam coś tam stukać w ten swój magiczny komputer, patrzeć to na mnie, to na paszport, to na żółty wydruk z Air France po czym oznajmiła. – Nie ma pani na liście pasażerów. NASTĘPNY.
  • NIE, NIE, NIE. Muszę być! Niech pani sprawdzi raz jeszcze.
  • Nie mam czasu teraz, kolejka jest.
  • Ale ja czekałam w tej kolejce też, teraz jest moja kolej. Proszę sprawdzić.
  • No ale pani nie ma liście, proszę iść do Air France.
  • Ale tu nie ma okienka Air France.
  • Musi pani wyjść z lotniska. Jest na hali przylotów.
  • Chyba pani żartuje…
  • NASTĘPNY.

Chcąc nie chcą oddaliłam się od okienka i opadłam z sił. Zaczęłam szlochać i pytać „Co mam teraz niby zrobić?”. Całej sytuacji przyglądali się inni pasażerowie, którzy starali się wywrzeć presję na pracownicy. Amerykanka zaczęła latać jak opętana krzycząc „How can I help, how can I help?!”. Całą sytuację obserwowali inni pracownicy, jeden z siedzących obok mężczyzn zaczął mówić do obsługującej mnie kobiety: „No weź jej pomóż, co ona ma zrobić? Ale ją załatwili…”. Ja w końcu się poddałam i postanowiłam tak jak mi doradzono wyjść do hali odlotów i poszukać Air France. Ustawiłam się w kolejce do kontroli paszportowej, starsi panowie wciąż grali karaibskie przeboje świąteczne na wielkich miskach, a ja starałam się nawiązać połączenie telefoniczne z Dominiką, żeby poinformować D., że jednak dziś też już nie dolecę. W końcu zalana łzami starałam się wytłumaczyć pani na granicy o co mi chodzi, a to tylko popatrzyła na mnie ze współczuciem i wbiła odpowiednią pieczątkę. St. Marteen wita!

Od razy skierowałam swoje kroki do okienka Air France, które co prawda było opatrzone znakiem „Sky priority”, ale moja sytuacja jak dla mnie była bardzo priorytetowa. Stałam więc i stałam, bo wiadomo, że była kolejka. Przede mną stały dwie rodziny, którym zgubiono bagaż, a wiadomo też, że zanim pani sprawdzi coś w systemie, zanim rodzina przypomni sobie co była dokładnie w każdej z walizek, a następnie wybierze ze wzorca odpowiedni kod bagażu i koloru walizek to trochę czasu musi upłynąć. Ja stałam i trochę sobie chlipałam, ale co to dla mnie nowego? Z tła dolatywały odgłosy wcześniej wspomnianego koncertu karaibskiego, a ja już zdążyłam się tak spocić, że pachniałam jak całe pole cebuli… było dobrze. A mogło być jeszcze lepiej, więc w sumie nie ma na co narzekać.

W końcu przyszła moja kolej, nakreśliłam pani pracownicy moją sytuację, ona przejrzała mój paszport i wszystkie przedstawione dokumenty, zaczęła szukać czegoś w komputerze, po czym złapała za telefon, zadzwoniła do kogoś i powiedziała: „Michael? Where is Michael? He baked that poor girl!” (Michael? Gdzie jest Michael? „Upiekł” tę biedną dziewczynę!”. No, dzięki Michael! Gdybym była tobą, to bym się nie pojawiła tutaj. Michael ewidentnie wiedział, że mu się oberwie i nie zaszczycił nas swoją obecnością. Moja pani za to wezwała wszystkich innych pracowników i zaczęli wspólnie debatować nad moją sytuacją. Kilka telefonów później pojawił się niejaki AJ (czy. ej dżej). Jak się okazało, AJ był tym mężczyzna, który obserwował całą sytuację jeszcze po drugiej stronie bramek. Pracownicy rozmawiali między sobą w jakimś kreolskim narzeczu, więc oczywiście nic nie zrozumiałam. W końcu jednak AJ wziął mój paszport i powiedział, żebym z nim poszła. Po drodze wytłumaczył mi, że problem polega na tym, że nie ma lotów na Dominikę aż do 6. stycznia, co ja już co prawda wiedziałam. Do tego cała sytuacja zaistniała, bo niejaki kolega Michael tutaj w St. Marteen nie potwierdził mojej rezerwacji, a że byłam wsadzona na stand by, to pewnie po prostu ktoś inny przejął to miejsce… Doszliśmy do stoiska odprawy bagażowej dla ludzi z transferu, gdzie Aj poprosił mnie, żebym usiadła przy wiatraku i odpoczęła, a on coś wymyśli. Ja usiadłam więc na podłodze i szybko zauważyłam, że jak na ironię siedzę tuż przy samym stanowisku reklamującym Dominikę… No cóż, nie dziś! Skorzystałam z okazji i wzięłam kilka mapek no i cyknęłam sobie pamiątkową fotkę.

W końcu wrócił AJ i powiedział, że mogą mnie dziś wieczorem wysłać na Antiguę, skąd jutro rano polecę na Dominikę. Jedynym problemem będzie to, że sama będę musiała sobie zapewnić nocleg. AJ, przyjacielu, co to dla mnie! Toż to chleb powszedni! Powiedziałam mu więc, że nie ma problemu, i ja po prostu już bym chciała gdzieś dolecieć. On powiedział, że zaraz to załatwi, a ja mogę sobie tutaj posiedzieć. Postanowiłam wykorzystać ten czas na wstępne rozpoznanie sytuacji noclegowej na wyspie Antigua, o której istnieniu wiedziałam tylko dlatego, że przyjaciel D. tam studiuje. Nawet mamy kupione już bilety na kwiecień, żeby go odwiedzić, no i miałam nadzieję, że poznam wyspę w bardziej sprzyjających okolicznościach, ale teraz to już było mi wszystko jedno. Chciałam jakkolwiek dostać się na Dominikę. Niestety internet nie działał, więc nie bacząc na wysokość rachunku telefonicznego po raz kolejny zadzwoniłam do D. i zadałam mu temat. On już chyba wątpił, że ja kiedykolwiek do niego przyjadę, ale nie okazywał mi tego.

W końcu AJ wrócił do mnie i powiedział, że mogę dziś polecieć, ale mój bagaż jest chwilowo niedostępny, więc po przylocie na Dominikę muszę od razu iść zgłosić zaginięcie i wypełnić specjalny formularz. Nic nowego. Poszliśmy razem do hali przylotów na stanowisko linii lotniczych LIAT, którymi to miałam polecieć. AJ powiedział pracującym tam paniom o co nam chodzi, a sam powiedział, że musi iść do biura po jakieś papiery i zaraz wróci. Zostałam więc sama przy kontuarze. Panie zaczęły coś sprawdzać w komputerze, po czym oznajmiły, że na lot na Antiguę dziś już nie ma miejsc! Gdyby nie fakt, że już przestałam wierzyć, że dolecę gdziekolwiek przez najbliższy tydzień, to przeżyłabym załamanie nerwowe. Pobiegłam więc za moim wybawcą i oznajmiłam mu radosną nowinę. „Co?”, chyba mi nie uwierzył. Podszedł więc do stanowiska odprawy bagażowej, złapał za telefon i gdzieś zadzwonił, po czym powiedział mi, żebym zaczekała tutaj, a on zaraz wróci. Czekałam tak sobie kilka minut, aż w końcu wrócił i powiedział, że w samolocie są jeszcze 4 miejsca i nie wie, dlaczego system pokazuje inaczej. Wróciliśmy do LIAT i w końcu panie przystąpiły do robienia dla mnie rezerwacji. Ewidentnie wszyscy mieli ciężki początek roku, bo pani co chwilę mówiła „Boże, daj mi siłę”, a mi już tylko chciało się śmiać. Nie mogłam uwierzyć, że może w końcu jutro dolecę na Dominikę! A jeżeli nie, to będę nieco bliżej. Dałam D. zielone światło i zarezerwował mi jakieś lokum. Kilkanaście minut później z rezerwacją w ręku i AJem przy boku szłam do odprawy. Tam mój nowy kolega postanowił mnie opuścić i życzył mi powodzenia w drodze. Ja chciałam mu się jakoś odwdzięczyć, bo wiedziałam, że w sumie nie musiał pewnie aż tak mną się zajmować i chciałam dać mu napiwek, ale miałam tylko 5 USD. Dałam mu co miałam w portfelu i odprowadziłam wzrokiem do hali przylotów. Do dziś miło go wspominam i jestem wdzięczna, bo z tego co widziałam na lotnisku ludzie mieli jeszcze gorsze problemy, a nikt nie zaoferował im takiej pomocy.

Po kilkunastu minutach odprawiłam się na lot, który co prawda był za kilka godzin, ale nie chciałam ryzykować. Przeszłam przez kontrolę paszportową i kontrolę bezpieczeństwa, po raz trzeci przechodząc kontrolę antynarkotykową (czy to spisek?) i postanowiłam pozwiedzać lotnisko oraz znaleźć coś do jedzenia, bo po przylocie na Antiguę już raczej nic nie znajdę. Minęłam szereg sklepów, dwa wielbłądy (?) i znalazłam zakątek z restauracjami. Ceny nie były złe jak na lotnisko, ja zdecydowałam się na najtańszą opcję, czyli zestaw pizza, woda i cydr! Wreszcie działał też internet, więc mogłam rozpocząć proces pełnej relaksacji!

Minuty mijały i w końcu nadszedł czas przejścia do bramki. Boarding miał zacząć się o 19:50. Siedzieliśmy grzecznie o 20, 20:10, 20:20, a przy bramce nie było nawet obsługi. Ludzie zaczęli się niepokoić, bo oczywiście niektórzy mieli następne transfery. Ja zaczęłam znowu wątpić w to, że dolecę. Lokalsi zaczęli nas uspakajać, że LIAT tak naprawdę znaczy „Leaves Terminal Any Time” (opuszcza terminal o dowolnej porze) i że w końcu na pewno polecimy. W końcu 5 minut po planowym odlocie na tablicy wyświetliła się informacja o opóźnieniu… teraz mamy odlecieć godzinę później! Zaczęłam się bać, że nasz lot będzie odwołany, bo podobno dużo lotów było dziś odwołanych, przez co niektórzy wpadli w niemałe tarapaty nie mogąc wydostać z Karaibów. Godzina dłużyła mi się strasznie, tym bardziej, że obok mnie siedziała matka z dziećmi – jednym małym słodkim kartofelkiem i drugim „żywym srebrem”. Żywe srebro się nudziło i biegało dookoła nas wydając odgłosy silnika. Z jednej strony trochę mnie to śmieszyło, ale z drugiej, jak człowiek jest zmęczony to mu spada odporność, a wedle czasu europejskiego było już po pierwszej w nocy. Starałam się słuchać muzyki i czytać książkę, ale pod oczami czułam nic innego jak piasek. Właśnie kiedy miałam żalić się D., że chyba nawet nie dotrę na Antiguę, z głośników popłynęło słodkie zaproszenie do boardingu! A jednak może coś mi się dziś uda! Pobiegłam więc niesiona na skrzydłach miłości i już kilka minut później siedziałam w samolocie.

To był mój pierwszy lot lokalnymi liniami lotniczymi i ku mojemu zaskoczeniu pilotowała nam kobieta. Zostaliśmy poinformowani, że lot będzie trwał 35 minut i że bardzo przepraszają za opóźnienie. Ostrzegają również, że tuż po starcie będą turbulencje, ale sytuacja unormuje się, kiedy osiągniemy odpowiednią wysokość. Ledwo udało mi się wysłuchać komunikaty do końca, bo zasnęłam…

C.D.N.

Przeczytaj też:

6 thoughts on “Lot Air France na Dominikę: podejście drugie, równie nieudane

  1. Ada, wymiatasz!
    Czym lecialas do Brazylii?
    Jak przeczytalam Twoj drugi wpis to pomyslalam, ze i ja chetnie polecialabym w tamta strone AirFrance skoro jedzenie takie dobre.
    Wtedy przeczytalam wpis pierwszy i dreszcz mnie przeszedl. Jak mozna tak traktowac klientow?!
    W dluzsze trasy bede sie wiec starala latac z solidna, niemiecka Lufthansa…
    Pozdrawiam! 🙂

    1. Haha, Lufthansy też nie polecam! Wracałam z nimi z USA, czyli też lot długi i szeroki, i chociaż jedzenie niby dobre, to niestety miałam na pieńku z obsługą. Poza tym Lufthansa ma spore doświadczenie w odwoływaniu lotów i strajkach, więc bym nie ryzykowała ponownie takiego stresu. Ja leciałam za to z KLM do Brazylii i opisałam swoje wrażenia tutaj: http://wp.me/p5ILBQ-t. Wtedy jeszcze nie była zbyt zaawansowaną blogerką, teraz bym chyba zrobiła lepszą recenzję, no ale co tam. W każdym razie jedzenie było dobre, rozrywka dobre, wszystko na czas i bez problemu. Na Air France nie mam słów… Dzięki za komentarz <3

  2. Czyta się jak dobrą powieść w odcinkach! Cieszę się, że wróciłaś z pisaniem, bo mimo, że udzielam się tu rzadko, to jestem fanką, uwielbiam Twoje przygody – choć życzę Ci takich mniej! Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja za każdym razem jak gdzieś lecę mam podobne przeboje 😛 W głowie mi się nie mieści, że kazali Ci chamy jedne płacić za hotel samej!!! Mam też nadzieję, że rozwikłasz zagadkę przeprowadzki na Dominikanę 🙂 , bo ja tu się od kilku miesięcy głowię gdzie i czemu los Cię rzucił!
    Pozdro z innej tropikalnej wyspy.

  3. Jest wieczor i nareszcie przeczytalam Twoje przygody z doleceniem na Dominike.Powinnas napisac ksiazke tak to obrazowo jest opisane i tak smiesznie.Wiem ,ze do smiechu Ci nie bylo.To jakas masakra,jak pasazer jest traktowany na lotnisku.Bardzo Ci wspolczuje,jak patrze na zdjecia jaka zmeczona jestes to az mnie serce boli.Czekam na trzecia czesc Twojej przygody i mysle ,ze raczej ta ostatnia czesc spokojna nie bedzie i bedzie obfitowala w przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fourteen − ten =