Kilka rzeczy, do których nie mogłam przyzwyczaić się w Niemczech

Wracam do was z nowym wpisem, ale jak to już na mnie przystało nie będzie to kontynuacja poprzedniej serii… Przepraszam. Chyba już wiecie, że u mnie ze słownością na bakier. Mam jednak ważny powód. Wraz z super kobietami z Klubu Polki na Obczyźnie biorę udział w projekcie dotyczącym wszystkich tych rzeczy, do których jakoś nie możemy przyzwyczaić się na emigracji. A wiadomo, że Polak (a szczególnie Polka) jak tylko może, to lubi sobie solidnie pomarudzić. Nie mogłam więc odpuścić takiej okazji. Szczególnie teraz, kiedy wreszcie po prawie 2 latach opuściłam szlachetne granice RFN. Rany są wciąż świeże! 😉

Muszę zacząć od tematu, który pewnie bliskim jest wielu z was. Język niemiecki. No niestety, dwa lata nie wystarczyły mi na rozbudzenie w sobie miłości do tego języka. W sumie ciężko było mówić nawet o sympatii… zacznijmy od tego, że niemiecki, który znamy ze szkoły prawdopodobnie na nic nam się zda, bo wśród ludności cywilnej królują dialekty. Pech chciał, że mieszkałam w Saksonii, a lokalny dialekt został nawet ogloszony podczas jakiejś sondy najbrzydszym spośród wszystkich. Ciężko mi ocenić walory estetyczne niemiecczyzny, bo i tak jestem uprzedzona, ale niestety tego dialektu nawet się nie da zrozumieć. Jest i druga strona medalu – Saksończycy chyba nie są jeszcze przyzwyczajeni do zagranicznych akcentów i często nie rozumieją, co się do nich mówi, mimo względnej poprawności gramatycznej. Nie będę już wchodzić w to, czy naprawdę z moim niemieckim było tak źle, czy po prostu słuchaczom brakowało dobrej woli do zrozumienia, ale kiedy zamawiasz czarną herbatę, a dostajesz piwo to zaczynasz kwestionować sens posiadania certyfikatu na poziomie C1…

Nie oddalając się zbytnio od tematów lingwistycznych muszę wspomnieć o „Schoenen Tag Noch!”, czyli czegoś na kształt „Miłego dnia!”. Zawsze, ale to zawsze każda rozmowa, czy to z panią w sklepie, listonoszem, lekarzem, nauczycielem musi zakończyć się taką formułką. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, gdyby nie fakt że dotyczyło to nawet rozmów, które w miły sposób proawdzone nie były. Tak jakby wypowiedzenie tego życzenia miało sprawić, że nagle poczuję się lepiej i zapomnę o całym konflikcie. Pewnie znacie to uczucie z korespondencji mailowej, kiedy ktoś na końcu pisze „POZDRAWIAM”, a wy wiecie, że tak naprawdę wcale nie. W Niemczech aż nadto często odnosiłam wrażenie, że za tym „Schoenen Tag Noch!” kryją się życzenia mojej rychłej śmierci…

Zmieniając trochę kierunek moich rozważań nie mogę też pominąć obsesji naszych zachodnich sąsiadów na punkcie bycia przyjaznym dla środowiska. I o ile segregację odpadów jestem w stanie zrozumieć i nawet ją popieram (chociaż posiadanie w domu 6 koszy na śmieci kiedy kuchnia ma 2 metry kwadratowe to nie jest sama radość), to stwierdziłam szczególnie u młodych Niemców tendencję do popadania w skrajności i ekofanatyzm. W moim pierwszym WG (mieszkaniu dzielonym z innymi, głownie studentami) współlokatorzy zabronili mi używać ogrzewania zimą, w obawie o nadmierną emisję CO2. W efekcie w moim pokoju zagościł wielki grzyb, a ja spędziłam pół roku chorując na wszystkie możliwe choroby – od przeziębień, zapalenie pęcherza i różne infekcje górnych dróg oddechowych. Kiedy próbowałam z nimi pertraktować doradzali mi tylko, żebym się cieplej ubierała i piła zioła… Ostatecznie wyniosłam się z tego mieszkania, a kiedy poskrażyłam się innym niemieckim znajomym, to niestety nie stanęli po mojej stronie. Niestety matka natura stoi wyżej w hierarchii wartości niż zdrowie jednostki 😉

No i na koniec muszę wspomnieć o ogólnym oderwaniu od rzeczywistości wśród niemieckiej młodzieży. Jako młodzież rozumiem grupę wiekową 18-28, bo z tylko takimi miałam możliwość obcować na uniwersytecie. Z przykrością stwierdzam, że pomoc socjalna chyba rozpieszcza… Jako jedyna spośród niemieckich znajomych studiowałam i pracowałam. Inni nie musieli się o to martwić, bo albo dostawali od rządu 600 EUR, albo rodzice oddawali im Kindergeld, który też wynosi kilkaset euro. Plus oczywiście rodzicie płacili za mieszkanie i dawali kieszonkowe nawet moim starszym znajomym. A że studia w Niemczech raczej do tych intensywnych nie należą (w porównaniu z Polską), to typowy młody Niemiec ma czas na inne rozrywki – podróże, koncerty czy po prostu obiajnie się 😉 Ja niestety szybko zostałam okrzyknięta lamusem i nudziarą, bo po pierwsze nie miałam czasu codziennie uczestniczyć w życiu grupy, a po drugie nie miałam ochoty płacić 20 EUR za wejście do klubu (what‽). No cóż… prawda jest taka, że jestem nudziarą, więc może inni się nie mylili 😉

Żeby nie było tak negatywnie, to na koniec postanowiłam wspomnieć o kilku rzeczach, do których nie mogłam się przyzwyczaić, ale raczej w pozytwyny sposób i chciałabym żeby zawitały do Polski. Po pierwsze wciąż zachwycała mnie świetna infrastruktura dla rowerzystów. Oprócz super ścieżek rowerowych i pasów dla rowerów na jezdni czy specjalnej sygnalizacji, na uniwersytecie był też wielki podziemny parking dla naszych dwóch kółek. Bardzo mi się to podobało i dzięki temu też zrzuciłam kilka kilogramów 😉 Drugą rzeczą jest wielka przyjazność rodzinom z dziećmi na uniwersytecie (ale i nie tylko). Na kampusie był pokój do karmienia i przewijania, specjalna sekcja zabaw dla dzieci czy mikrafolówka do podgrzania dziecięcych posiłków. Poza tym dzieciom należał się darmowy posiłek, można też było na czas wykładu zostawić brzdąca w klubiku. Kto to widział w Polsce… Trzecią rzeczą, która mi się podobała było zamiłowanie Niemców do spędzania czasu na wolnym powietrzu. Grillowanie w parku, różne gry zespołowe, czy zwykłe opalanie – wraz z pierwszymi promieniami słońca od razu wszyscy wychodzili na zewnątrz. To akurat zaczęło się w Polsce też zmieniać z czego bardzo się cieszę! 🙂


 

Uff… ale gorzkie żale wylałam! A wy zgadzacie się z moimi przemyśleniami? Jeżeli jesteście ciekawi, co inne Polki mają do powiedzenia zapraszam was serdecznie na bloga Ani, która w zabawny sposób pożaliła się z życie we Francji. Jutro zaś będzie mogli przeczytać u Basi jej spojrzenie na życie wśród żabojadów 😉 Wszystkie inne wpisy znajdziecie oczywiście na blogu Klubu Polek.


Jesienny projekt Klubu Polki na Obczyźnie dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Bądźcie po prostu dobrymi ludźmi i wesprzyjcie akcję dowolną kwotą. Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Przeczytaj też:

12 thoughts on “Kilka rzeczy, do których nie mogłam przyzwyczaić się w Niemczech

  1. Jak zwykle mam wrażenie, że mieszkałyśmy w dwóch różnych krajach. Chociaż może rzeczywiście: ani BW ani Bawarii z Saksonią porównać się nie da. Mentalność w byłej DDR może zmieni się za jakieś 50 lat. 🙂

  2. Pozwolę sobie na komentarz, skoro zachęcasz 🙂

    1. Jeśli chodzi o dialekty, to zależy gdzie. W Berlinie większość osób z wykształceniem posługuje się normalnym hochdeutschem. W Saksonii może to faktycznie wyglądać trochę inaczej, ale osobiście uważam dialekt saksoński za uroczy – mój mąż jest Sasem i bardzo lubię jego miękki sposób wypowiadania się.
    2. Nawet nasze polskie „dowidzenia” nie musi przecież oznaczać, że chcemy kogoś znowu zobaczyć. Jeśli wypowiemy pozdrowienie z uśmiechem, to rozmówca wie, że mówimy szczerze 🙂
    3. A wietrzyliście? Niemcy faktycznie wolą chłodniejsze pomieszczenia i to niekoniecznie musi być związane z oszczędzaniem. Najgorsze są sypialnie… brrrr!
    4. Co do niepracującej niemieckiej młodzieży – mam odwrotne doświadczenia. Niemcy pracowali w przeciwieństwie do moich polskich kolegów. Co do Kindergeld, to wynosi ono 190 euro na dziecko (do niedawna 184), więc nie przesadzałabym z tym kilkaset, chociaż faktycznie może to nieźle pomóc planowaniu wydatków.

    Pozdrawiam serdecznie! Fajny blog!
    Zapraszam do mnie na FB https://www.facebook.com/NiemieckiePrzyslowia

    1. Już myślałam, że mi się upiecze i żadna miłośniczka Niemiec się nie wypowie, ale jednak! 😉
      W sumie nie zaznaczyłam, że cały tekst to są tylko moje doświadczenia z Lipska. Doskonale wiem, że wiele zależy też od miasta i od przypadku – kiedy rozmawiałam z koleżanakmi z innych miast, często miałyśmy wrażenie, że nie mieszkamy nawet w jednym kraju!
      Dla mnie problem z dialektem jest tylko taki, że jak się człowiek dopiero uczy niemieckiego, to chciałby jak najszybciej się dogadać. A niestety dialekt często to uniemożliwia to i prowadzi do utracenia nawet szczątkowej pewności siebie. Tak poza tym lubię dialekty i na przykład w angielski mi nie przeszkadzają – głównie dlatego, że angielski znam dobrze i nie mam problemów ze zrozumieniem.
      Nasze „do widzenia” to dla mnie coś innego niż niemieckie „Schoenen Tag noch”, ale to znowu tylko moje odczucia.
      No i grzyb… oczywiście, że wietrzyłam i starałam się jak mogę, ale też mój pokój wychodził na „studnię” i nigdy nie dochodziło tam słońce. Nie ma rady na coś takiego. No i oczywiście mi nie przeszkadza, że ktoś lubi chłodno, ale chciałabym móc sama decydować o swoim pokoju 😀
      Z Kindergeldem dokonałam uproszczenia – rodzice dawali im te prawie 200 EUR plus na pewno coś jeszcze. No ktoś musiał im dawać, skoro nie pracowali, a pokój kosztuje więcej niż to!
      Tak naprawdę to mój pobyt w Niemczech to nie same złe wspomnienia, ten post po prostu z założenia miał być trochę maruderski. Mam nadzieję, że napiszę w przyszłości jeszcze coś więcej o pozytywnych stronach. No i zajrzę do Ciebie na pewno 🙂 Dziękuję za super długi komentarz!

    2. Co do punktu 4, mam podobne doświadczenie jak Adrianna. Prawdopodobnie zależy, na kogo się trafi.

      Moi znajomi mogą studiować i podróżować do 30, potem może pomyślą o pracy 😉

  3. Ciekawe przemyślenia! Także dopisałam się do projektu, także chcę pisać o rzeczach, do których nie przyzwyczaiłam się w Niemczech. Moje jednak będą inne, bo i chyba mamy inne doświadczenia (mieszkam tu krócej, nigdy tu nie studiowałam itp.). Ale niechęć do języka mam niestety taką samą 😉

    Pozdrawiam z Berlina!

  4. Co do rozpieszczających zasiłków to się z tym zgadzam. Co prawda ja nie znam tego pod kątem Niemiec, natomiast byłem w Anglii wiem jak tam to wygląda. Państwo nie powinno dawać pieniędzy, powinno mniej zabierać a jak chcesz mieć mniej zabrane, to musisz zarobić. Nie zarobisz nie zabiorą nic, ale nic nie będziesz mieć. W przeciwnym wypadku dochodzi do takich patologii, że 15-letnie dziewczynki zachodzą celowo w ciążę, a 17 mają już 2-3 i żyją z zasiłków.

  5. Byłem w Niemczech 2 razy w pracy na wakacjach. Trafiłem dobrze, bo nie było wyzysku, godna stawka godzinowa, mimo to nie chciałbym mieszkać w Niemczech, szczególnie teraz kiedy robi się tam coraz tłoczniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 + ten =